Brutalna rzeczywistość. Z kadry do IV ligi [WYWIAD]

rok temu Brutalna rzeczywistość. Z kadry do IV ligi [WYWIAD]
fot. Pogoń Szczecin

Tym razem porozmawialiśmy z Marcinem Gałkowskim, byłym reprezentantem Polski U-16 i U-17.

Marcin Gałkowski od lat uchodzi za spory talent. W Pogoni Szczecin otarł się o pierwszy zespół, a do tego regularnie występował z orzełkiem na piersi. Zaliczył jednak mocny upadek i teraz występuje w IV lidze. Stało się to zróżnych powodów. - Wiesz, czego obawiałem się najbardziej? Tego, jak przyjmą mnie po powrocie do Szczecina koledzy z Pogoni. Słyszałem przeróżne rzeczy na swój temat. A to, że pokłóciłem się z trenerem, a to, że z kolegą. To wszystko nieprawda - mówi 18-latek w rozmowie z Transfery.info.

- Sporo osób mówiło mi, że w twojej krótkiej przygodzie z piłką sporo namieszali menedżerowie. Że to oni wyhamowali twoją karierę.

-Nie będę tak stawiał sprawy, ale pewne osoby mi nie pomagały i dlatego wyszło jak wyszło.

- Ale od początku. Wychowywałeś się nad samym morzem.
- Dokładnie w Pobierowie. Mieszkałem tam do czasów rozpoczęcia nauki w gimnazjum. Wtedy przeniosłem się do Szczecina i zacząłem grać w Pogoni. Do tego momentu byłem zawodnikiem Wybrzeża Rewalskiego Rewal.

- Znam tamtejsze okolice. Trzeba powiedzieć, że warunki do treningów są tam kapitalne.
W każdej miejscowości można potrenować na najwyższym poziomie. Wszędzie są sztuczne murawy, w Niechorzu jest też naturalna. I co najważniejsze, ludzie świetnie o nie dbają. Często przyjeżdżają do nich drużyny z Ekstraklasy i I ligi. Stałym bywalcem jest oczywiście Pogoń. Akademia Wybrzeża też fajnie się rozwija. Teraz dzieciaki mają jeszcze lepsze warunki niż miałem ja.

- Ale jednak większość ludzi kojarzy te wszystkie miejscowości głównie z turystyką.
Są to miejscowości nadmorskie, ale przecież chłopaki wszędzie kopią piłkę. Ja po szkole godzinami grałem z kolegami. W pewnym momencie pojawiła się jednak możliwość treningów w Wybrzeżu. Klub zorganizował busy, które zawoziły nas na treningi do Rewala albo Niechorza. Jeździliśmy na nie liczną paczką.

- Przenosiny do Pogoni były pewnie spełnieniem marzeń.
-To na pewno. Mieszkając w Pobierowie mocno interesowałem się wynikami Pogoni...

-…Kibicowsko tamte tereny należą zdecydowanie do niej.
- Wiadomo, chociaż znajdzie się paru chłopaków, którzy kibicują Legii albo Lechowi. Ale lepiej się do tego otwarcie nie przyznawać. Za młodu zawsze bardzo chciałem zobaczyć Pogoń na żywo. Raz byłem nawet bardzo blisko. To było spotkanie z Wisłą Kraków. Niestety opona w samochodzie się przebiła... Ale wracając, w Szczecinie zacząłem uczyć się w gimnazjum sportowym. Na początkunie wierzyłem w to wszystko. Byłem chłopakiem z Pobierowa, gdzie mieszka może tysiąc osób, a nagle znalazłem się w wielkim mieście. Sam. Bez rodziców.

- Jak było z nauką?
- Ani wtedy, ani teraz nienazwałbym siebie prymusem. Czasami trzeba mnie do niej mocniej namówić, ale nigdy nie miałem większych problemów. Teraz jestem w klasie maturalnej. Chodzę na fakultety z geografii i polskiego.

- W Szczecinie rozegrałeś kilka spotkań w Młodej Ekstraklasie i drużynie rezerw. Jak ci w ogóle szło?
- Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Z kilkoma chłopakami trafiliśmy do juniorów starszych, a później pojawiła się ta Młoda Ekstraklasa. Zagrałem w trzech spotkaniach, oni podobnie. Do drugiego zespołu trafiłem w momencie, gdy likwidowano ME.

- Może wszystko potoczyło się zbyt szybko?
- Możliwe. Byłem świadomy tego, że Pogoń wiąże ze mną spore nadzieje. I odwrotnie - klub wiedział, że ja wiążę nadzieje z nim. Odbyłem kilka rozmów z panami Dariuszem Adamczukiem i Maciejem Stolarczykiem. Obie strony wiedziały na czym stoją.

-Do reprezentacji trafiłeś już po przenosinach do Szczecina?
-Tak, na pierwszą konsultację pojechałem zresztą razem z trzema kolegami. Później grałem razem z Pawłem Marczukiem. Zadebiutowałem w listopadzie 2011 roku z Niemcami. W kadrach do lat 15 i 16 miałem styczność z trenerem Mirosławem Dawidowskim, który w przeszłości był asystentem Michała Globisza. To trener z wyższej półki. Stawiał na mnie i dzięki temu mogłem dalej się rozwijać. Reprezentację do lat 17 prowadził już Robert Wójcik. Również świetny człowiek.

- Najlepsze spotkaniez orzełkiem na piersi?
-Jedno z nich to na pewno potyczka z Irlandią w Brzesku. Trener Dawidowski wystawił mi po nim „4,5”, a oceniał do „5”, więc to była naprawdę wysoka nota. Ale dobrze wspominam też pierwszy mecz pod wodzą trenera Wójcika z Norwegią. Wygraliśmy 3:0. Cały zespół rozegrał wtedy fajne spotkanie.

- Fajnych miałeś też kolegów w kadrze. Bartłomiej Drągowski czy Dawid Kownacki sporo już osiągnęli w Ekstraklasie.
- Do dzisiaj utrzymujemy ze sobą kontakt. Jest też Adam Ryczkowski, który rozegrał kilka spotkań w barwach Legii i w poprzednim sezonie strzelił dwa gole w Ekstraklasie. Mateusz Wieteska jest w Ząbkach, Filip Jagiełło w Lubinie, no i w Szczecinie są Michał Walski oraz Marczuk. Ten ostatni jest co prawda w rezerwach Pogoni, ale cały czas puka do pierwszej drużyny. Nie jeździmy już razem na zgrupowania, ale dalej się kolegujemy. W końcu sporo razem przeżyliśmy.

- Pogoń wiązała z tobą nadzieje, ty z nią również, ale jednak ze Szczecina odszedłeś.
- No tak. Rozwiązaliśmy kontrakt za porozumieniem stron. Tyle.

- Powiedz coś więcej.
- Nie jest tak, że pełną winę ponoszę za to ja albo Pogoń. Nie. Może po prostu tak miało być. W pewnym momencie zaczęła się zgłaszać do mnie cała masa agentów. Jakby tak wszystkich zliczyć, byłoby z kilkudziesięciu. Odmawiałem im. Wtedy byłem w kontakcie tylko z dwoma menedżerami, ale tylko z jednym wiązała mnie umowa. W pewnym momencie wszystko zaczęło się psuć. Nie wiem dlaczego tak wyszło.

- Tak to już jest z mniej profesjonalnymi agentami, że po małym sukcesie pojawia się ich cała chmara, ale potrafią szybko zniknąć.
- To prawda. Był okres, że było ich multum. I po każdym powołaniu czy nawet zwykłej konsultacji, pojawiali się następni. Dzwonili do mnie albo pisali na Facebooku. Składali przeróżne propozycje.

-„W pewnym momencie był wożony po kraju jak jakieś zwierzątko,które potrafi niezwykłe sztuczki”. Zgodzisz się z tymi słowami na swój temat?
- Słyszałem już różne komentarze (śmiech). Kto ma wiedzieć, ten wie, jak było. W tym wszystkim był przełomowy moment. Jeden z trenerów powiedział mi, że będzie dla mnie lepiej, jeśli poszukam sobie nowego klubu. Postąpiłem zgodnie z jego poradą. I byłem już posłowie z jednym z zespołów, który gra w Ekstraklasie. Byliśmy dogadani w 99 procentach. Ale teraz już wiem, że albo umowa faktycznie zostaje podpisana, albo nie ma jej wcale. Wyszło jak wyszło. Kontraktu nie było, więc do transferu nie doszło. W sierpniu wróciłem do Szczecina i wtedy zaczęły się prawdziwe schody. W kadrze nie było innego lewonożnego zawodnika, ale w ogóle nie grałem. Domyśliłem się, że to nie jest decyzja trenerów, tylko kogoś z góry. Gałkowski miał nie grać. A wiadomo, że jak się nie gra, to trenerzy z reprezentacji nie wyślą ci powołania.

Kontrakt rozwiązaliśmy około 20 grudnia.Dowiedziałem się o tym tydzień albo dwa wcześniej. Oczywiście już wcześniej czułem, że tak będzie. Zdawałem sobie sprawę z tego, że fajna przygoda z Pogonią się kończy. No i skończyła się. Pół roku bez grania było dla mnie bardzo ciężkie. Nie radziłem sobie z tym wszystkim psychicznie. Bo fizycznie - przynajmniej według mnie - nie było tak źle.

- Później grałeś przez moment w Warcie Poznań.
- Spędziłem tam rundę wiosenną poprzedniego sezonu. Trafiłem do pierwszej drużyny, ale występowałem w juniorach. Wiadomo, że miałem większe ambicje. Jechałem tam z myślą, żeby rywalizować z seniorami, ale nie uważam, żebym stracił czas. Poznałem kilku fajnych ludzi, chociażby trenera Bekasa. Świetny warsztat. Nie dostałem od niego szansy, ale będę go bardzo dobrze wspominał. W szatni spotkałem też Artura Marciniaka, kapitana polskiej kadry na mistrzostwach świata do lat 20 w 2007 roku. Grzegorz Krychowiak strzelił wtedy pamiętnego gola Brazylijczykom. Nie ukrywam, że do Warty trafiłem dzięki menedżerowi. Tyle, że temu drugiemu, z którym nie wiązał mnie i nie wiąże żaden kontrakt. To pan Dariusz Cudny.

- Różni się od reszty doradców, z którymi miałeś do czynienia?
- Wcześniej, gdy dowiedział się, że jestem już związany z innym agentem, jako jedyny z tych wszystkich ludzi dalej obserwował moje mecze i pytał co u mnie słychać. Dało się wyczuć sympatię, a nie dążenie do jak najszybszego podpisania kontraktu. To miłe. Kontakt utrzymujemy do dzisiaj.

- Z tym pierwszym menedżerem również?
- Nie. Z nim kontakt urwał się po tym jak wspomniany transfer nie doszedł do skutku. Nie będę zdradzał nazwiska.

- Masz do niego żal?
- Jakby to powiedzieć... Gdy dowiedziałem się, że pojawiła się szansa na przenosiny do innego klubu, sądziłem, że uda mu się załatwić to do końca. Byłem bardzo przekonany do tego ruchu. Mogłem iść tam nawet na piechotę. Ale ostatecznie ten pan tylko do mnie zadzwonił i powiedział, że nic z tego nie wyjdzie. Próbowałem dowiedzieć się, dlaczego tak się stało, ale do tej pory mi się to nie udało.

Jest jeszcze jedna sprawa. Wiem, że na kilku moich spotkaniach był wysłannik Red Bull Lipsk. Widziałem go osobiście i wiedziałem, że interesuje się moją osobą. Ale tylko tyle. Nie wiem, co to miało znaczyć, dlaczego przyjeżdżał, czy rozmawiał z Pogonią... A z moim menedżerem na przykład rozmawiał.

- Dziwna sytuacja.
- I dlatego w tej chwili nie współpracuję z żadnym menedżerem. Żyję sobie spokojnie i swoje spostrzeżenia przekazuję młodszym kolegom. Przekonałem się na własnej skórze jak to wszystko wygląda. Jakbym miał znowu podpisać umowę z jakimś agentem, to bym się nie zdecydował.

- Nie można też wrzucać wszystkich do jednego worka.
- Dlatego jestem w stałym kontakcie z Dariuszem Cudnym. Mamy dżentelmeńską umowę. Nie ma niczego na papierze, ale coś tam sobie ustaliliśmy. Po przygodzie z Wartą wspólnie zdecydowaliśmy, żebym wrócił do Szczecina. Jestem w tej samej szkole, do której wcześniej chodziłem. Czuję się pewnie. W Poznaniu na przykład mi tej pewności brakowało. Byłem tam sam.

- Gdzie teraz grasz?
- W czwartoligowym Hutniku Szczecin. Cel jest taki, żebym zdał maturę i regularnie pojawiał się na boisku.

- Mocno oddaliłeś się od poważnej piłki.

- A byłem jej naprawdę blisko. Za trenera Dariusza Wdowczyka trenowałem z pierwszym zespołem Pogoni. Raz była nawet taka sytuacja, że podstawowi lewi obrońcy, a więc Przemysław Pietruszka i Mateusz Lewandowski nie mogli zagrać. Jeden z nich był kontuzjowany, a drugi bodajże pauzował za kartki. Trener Wdowczyk wziął mnie do swojego biura i spytał, czy wolę iść do szkoły, czy jechać do Chorzowa. Zamarłem. Pomyślałem, że sobie żartuje.

Byłem blisko Ekstraklasy, teraz jestem zdecydowanie niżej, ale nie załamuję się. Było, minęło. Nie będę jechał cały czas na opinii sprzed lat. Ta IV liga może mi wyjść na dobre. Jestem w spokojnym zespole, wokół nie kręci się żaden cwaniak. Odnosimy niezłe wyniki, a sam gram regularnie. Co prawda ostatnio przegraliśmy, ale wcześniej zanotowaliśmy pięć wygranych z rzędu.

- Czyli nie jest aż tak źle?
- Wiesz, czego obawiałem się najbardziej? Tego, jak przyjmą mnie po powrocie do Szczecina koledzy z Pogoni. Słyszałem przeróżneplotki na swój temat. A to, że pokłóciłem się z trenerem, a to, że z kolegą. To wszystko nieprawda. Chłopaki przywitali mnie jednak bardzo dobrze. W sumie trochę mnie to zaskoczyło. Oczywiście na plus.

- Najważniejsze, żebyś nie został w tej IV lidze zbyt długo.
- Piłkę juniorską od poważnego futbolu trzeba oddzielić grubą kreską. W juniorach było fajnie. Miałem kontrakt z Pogonią, zarabiałem pieniądze, jeździłem na reprezentację. Mogłem sobie pomyśleć: „O, będę super piłkarzem. Już jestem gitem”. Rzeczywistość okazała się brutalna. Przez chwilę zastanawiałem się nawet czy dalej grać w piłkę - w końcu do niedawna byłem w kadrze, a teraz nie mam klubu. Ale nie potrafiłbym bez niej żyć. Poświęciłem piłce całe życie. Chcę rozegrać pełny sezon, a potem zobaczymy. Będę ciężko pracował, żeby nie zostać legendą jedynie IV ligi. 

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Wywiad Marcin Gałkowski Pogoń Szczecin Polska
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.