„Cholera, awansujemy!” - poznajcie Union Berlin

9 miesięcy temu „Cholera, awansujemy!” - poznajcie Union Berlin
fot. Wikipedia

Luty 2015 roku, niedługo po tym, gdy Benjamin Köhler otrzymał jeden z najgorszych ciosów w swoim życiu – zdiagnozowano u niego rzadki przypadek raka żołądka, 1.FC Union Berlin postanowił przedłużyć z nim umowę o kolejny rok.

Chorującemu za pół roku kończył się kontrakt; był wiekowym zawodnikiem, już 34-letnim; grał w klubie dopiero od dwóch sezonów, więc trudno go nazywać ważnym graczem pod względem historycznym. Mimo tego, oferta nadeszła. Chociaż można było się wykręcić, choćby chęcią obniżenia budżetu płac. To zupełnie inne zachowanie niż w przypadku Jonása Gutiérreza, Argentyńczyk po wyleczeniu nowotworu, wrócił do Newcastle, ale kazano mu odejść z drużyny. Choć ze „Srokami” związany był przez siedem lat, więc o wiele dłużej od Niemca w Berlinie, to potraktowano go surowo. Union nie kalkulował w ten sposób i Köhler do dzisiaj jest zawodnikiem w zespole ze stolicy Niemiec, choć w wieku 36 lat już właściwie nie pojawia się na murawie.

Znakiem rozpoznawczym dla „Eiserne” są wierni kibice. Najpierw dzięki pomocy 2400 fanów i ich pracy charytatywnej przez 140 tysięcy godzin (!), udało się w 2009 roku przebudować stadion, na którym występują od 1920 roku, by dwa lata później go sprzedać – oczywiście, nie byle komu. Union wyemitował 10000 tysięcy akcji po 500 euro za sztukę, żeby dać swoim sympatykom możliwość posiadania części obiektu na własność oraz uchronić go przed trafieniem w ręce korporacji produkującej napoje lub telefony.

Można już powiedzieć, że symbioza pomiędzy oboma organizmami jest na tyle widoczna, że czasem ciężko odróżnić, który jest którym. Nawet na czele Unionu jest prezes, Dirk Zingler, wywodzący się ze środowiska najzagorzalszych fanów. Hymn wykonywany na każdym spotkaniu w roli gospodarza, czyli „Eisern Union”, napisała Nina Hagen, niemiecka piosenkarka, która jest uważana za „matkę chrzestną punka”. Trzeba przyznać, że to jedna z najciekawszych przyśpiewek w całych Niemczech.


„Żelaźni” mogą być pierwszą drużyną z Narodowej Republiki Demokratycznej, która zagra w Bundeslidze. Obecnie jest w niej RB Lipsk, mające siedzibę na terenach dawnego NRD, ale utworzono go w wyniku przejęcia w 2009 roku i oprócz siedziby, nie ma żadnego związku ze Wschodnimi Niemcami. Natomiast Hertha Berlin znajdowała się na terenie Berlina Zachodniego i nigdy nie występowała w DDR-Lidze.

W czasach socjalistycznych, Union miał w Berlinie innego rywala - BFC Dynamo. Drużyna ta została założona w 1953 roku, gdy władze kazały się tam przenieść zawodnikom Dynama Drezno, a wspierani byli przez tajną policję NRD – Stasi. „Eisern”, którzy starali się stawać po drugiej stronie barykady, byli w tej walce skazani na porażkę i balansowali pomiędzy ligami, ale i tak niespodziewanie wygrali w 1966 roku puchar krajowy NRD.

Podobnie jak w czasach komunistycznych w Polsce, we Wschodnich Niemczech najlepsi piłkarze musieli występować w BFC Dynamo, na którego czele stał Erich Mielke, również będący szefem Stasi. Potrafił sprawić, by sędziowie gwizdali zawsze pod nich. Gdy tylko Union prowadził, doliczano dziesięć minut do regulaminowego czasu gry, by doprowadzić do ich porażki. Dlatego nie dziwi, że Dynamo udało się zdobyć dziesięć tytułów mistrzowskich w latach 1979-1988.  Union był anty-Stasi i zawsze zwalczał tajną policję. 

Do dzisiaj wspominany jest rok 1976, gdy Union „pokonał system” i ograł BFC Dynamo. W tamtych derbach Berlina próbowano wszystkiego: doliczano czas, rywale dostawali rzuty karne, ale nic nie pomagało. Tego dnia nie mogli wygrać. Po tym triumfie, 20000 kibiców „Żelaznych” zaczęło paradować po Friedrichstrasse wzdłuż muru berlińskiego, świętując swoje zwycięstwo. 

Po tym wydarzeniu, coraz częściej na stadionie pojawiali się mężczyźni w garniturach, robiący zdjęcia i dokładnie opisujący zachowanie tłumu. Było jasne, że nie są kibicami, ale nie przestraszyło to tłumu. Gdy tylko Union miał okazję z rzutu wolnego, na stadionie An der Alten Försterei jedną z najpopularniejszych przyśpiewek było: „Mur musi runąć”. Inną przyśpiewką z tego okresu było: „Pieprzyć Stasi”. 

Nie zapomniano o tym również w 2009 roku, gdy szukano partnera, który wesprze drużynę finansowo. Po awansie do 2. Bundesligi, klub musiał podpisać umowę z nowym głównym sponsorem, który mógłby się prezentować w centrum koszulki. Najlepszą ofertę przedstawiło przedsiębiorstwo ISP i zawarto z nimi pięcioletnią umowę, która miała przynieść dziesięć milionów euro. Sześćdziesiąt dni później tygodnik „Der Spiegel” dotarł do informacji, że w radzie nadzorczej korporacji są zatrudnieni byli pracownicy Stasi. Sympatycy Unionu domagali się natychmiastowego zerwania współpracy, co natychmiast uczyniono, nie wiedząc nawet czy uda się znaleźć nowego sponsora. 

Kibicami w dzielnicy Köpenick są przedstawiciele klasy roboczej, wręcz cała dzielnica należy do klasy roboczej. Nie ma tam drogich restauracji z wegańskim jedzeniem i hipsterskich kawiarni, tak jak w innych częściach Berlina Wschodniego. Ta drużyna jest jak rodzina. Jeśli Union wygrywa, każdy bar w okolicy stawia darmową kolejkę. Mimo tego, że nie ma już muru, różnice pomiędzy Wschodnimi i Zachodnimi Niemcami są wciąż zauważalne. Wschód jest nadal biedny, a zachód bogaty.

Obecnie największym rywalem dla berlińczyków jest RB Lipsk, reprezentujący wszystkie cechy znienawidzone przez fanatyków zespołu ze Stadionu An der Alten Försterei. „Byki” wspierane przez ogromne sumy, przelewane do Lipska przez potentata z branży napojów energetycznych, awansowały do Bundesligi w ciągu zaledwie siedmiu lat. Droga Unionu do obecnego miejsca była z kolei usłana kolcami i cierniami, które tworzą ich historię i wartości. W 1993 roku nie zostali przez DFB dopuszczeni do rozgrywek ze względu na brak płynności finansowej, więc występowali jedynie w regionalnym pucharze o mistrzostwo Berlina i amatorskich rozgrywkach. Sprzedano wówczas najlepszych piłkarzy - Martina Pieckenhagen do Tennis Borussii Berlin, a Marko Rehmera i Sergeja Barbareza do Hansy Rostock. Dwaj ostatni awansowali później z byłym trenerem Unionu – Frankiem Pagelsdorfem do Bundesligi.

Ich były zespół walczył w tym czasie o ekonomiczne przetrwanie, niemalże bankrutując w 1997 roku. Wtedy, jak zwykle na pomoc przyszli fani, którzy w liczbie około trzech tysięcy osób poszli pod Bramę Brandenburską i prosili o wsparcie dla swojego zespołu. Niedługo później doceniła to firma Nike, podpisując pięcioletnią umowę na dostawę sprzętu dla drużyny. Sympatycy wciąż organizowali kolejne zbiórki. Zorganizowano też mecz towarzyski z Tennis Borussią, z którego dochód został przekazany w całości dla Unionu. W styczniu 1998 roku sytuacja się ustabilizowała, gdy głównym sponsorem został Michael Kölmel i jego firma Kinowelt. 

Kilka lat później, w 2001 roku drużyna osiągnęła jeden z największych sukcesów w swojej najnowszej historii, gdy dotarli do finału Pucharu Niemiec.  Na Stadionie Olimpijskim w Berlinie, ówczesny trzecioligowiec zmierzył się z Schalke Gelsenkirchen, w którym występowali Tomasz Hajto, Emile Mpenza, Andreas Möller, Ebbe Sand, Jiří Němec – zawodnicy, których podobizny wisiały w wielu dziecięcych pokojach, a koszulki z ich nazwiskami rozchodziły się jak świeże bułeczki. Po drugiej stronie na boisku ustawili się między innymi Chibuike Okeke, Bozidar Djurković i Christo Koilow, nazwiska, które łagodnie mówiąc, dzisiaj nie istnieją w pamięci przeciętnego kibica piłkarskiego. Wynik był łatwy do przewidzenia, 2-0 dla „Die Königsblauen „.

Dzięki występowi w finale Pucharu Niemiec, Union mógł kilka miesięcy później zaprezentować się w Pucharze UEFA. Sen nie potrwał jednak długo. Występ zawodników Georgiego Wassilewa pozostawił wiele do życzenia i na pewno ich rzeczywista przygoda z europejskimi pucharami, znacznie rozminęła się z tym, jakie mieli o niej wyobrażenie. Po dość łatwym pokonaniu fińskiej FC Haki, 4-1 w dwumeczu, zatrzymali się w I rundzie na bułgarskim Liteksie Łowecz, przegrywając 0-2. 

W międzyczasie, w 2003 roku zapoczątkowano piękną tradycję. Kibice zbierają się w grudniu na stadionie i przez 90 minut śpiewają kolędy. Podczas pierwszego takiego wydarzenia przyszło 89 osób, teraz stadion wypełnia się niemal po brzegi i każdy w czapce Świętego Mikołaja śpiewa świąteczne utwory. Warto dodać, że nie ma wtedy nawet meczu! To zresztą powoduje, że obecni mogą być zawodnicy ze swoimi rodzinami, z czego niektórzy korzystają.




Podczas jednego ze swoich najlepszych okresów, Union Berlin w 2004 roku po raz kolejny popadł w tarapaty finansowe, tym razem największe w historii klubu i potrzebował szybko około półtora miliona euro. Sympatycy zorganizowali akcję „Krwawienie dla Unionu”, podczas której oddawali krew, a pieniądze za nią przekazywali na rzecz zespołu. Wielu ‘krwawiło’ wielokrotnie, byleby tylko drużyna mogła przetrwać i grać w Regional Lidze. Po raz kolejny nie zawiedli.

Młodsi miłośnicy „Eiserne” są obecnie mocno przeciwni trendowi silnego sponsorowania klubów, gdzie przedsiębiorstwo staje się ważniejsze od piłki nożnej samej w sobie, dlatego zaczęli kampanię przeciwko RB Lipsk. We wrześniu 2014 roku, kibice rozwiesili na stadionie transparent z napisem: „Piłka nożna w Lipsku umiera” i inne w podobnym tonie. Przez pierwsze dziesięć minut meczu, kibice w czarnych nakryciach, otrzymanych przy wejściu na stadion, oglądali spotkanie w kompletnej ciszy, co miało symbolizować żałobę. Po tym stadion eksplodował, skandując: „Eisern Union! Eisern Union!”. 


Kibice są dumni ze swojej niezależności i braku podlegania takiemu sponsorowi jak Red Bull, jest nawet do tego odniesienie w hymnie ułożonym przez Ninę Hagen: „Wer lässt sich nicht vom Westen kaufen?/ Eisern Union, Eisern Union!” - tłumaczenie „Kto nie zostanie kupiony przez Zachód?/ Żelazny Union, Żelazny Union!”. Niektórzy z kibiców przestali zupełnie spożywać napoje Red Bulla i przerzucili się na inne napoje energetyzujące. 

W Berlinie znajduje się również stacja benzynowa w barwach Unionu Berlin. Wszędzie tam są slogany znane z trybun, nawet na lodówce do napojów jest napis: „Eisern Union!”. Poza przekąskami, alkoholem, papierosami i czasopismami, na tej stacji można kupić koszulkę swojego ulubionego piłkarza lub proporczyk. Na ścianie są rozwieszone zdjęcia zasłużonych zawodników i jest zawieszony telewizor, na którym lecą skróty spotkań drużyny. Dostępne są również bilety. Fani specjalnie robią dłuższe trasy, żeby zatankować swój samochód w tym konkretnym miejscu, koniec końców, pieniądze stąd trafią do klubowej kasy. Są ludzie, którzy z tego samego powodu robią zupełnie odwrotnie i omijają tę stację. Prawda jest taka, że stacja nie należy do Unionu Berlin, ale sponsorującej go firmy Total. 




Po kryzysach finansowych, miłośnicy drużyny są negatywnie nastawieni do wydawania pieniędzy na transfery i dopiero ostatniej zimy ustanowiono nowy rekord transferowy, po kupnie za 1,6 miliona euro Simona Poltera z Queens Park Rangers. To wszystko dzięki sprzedaży w lecie za 3,5 miliona Bobby’ego Wooda, w innym wypadku raczej nie zdecydowano by o wydaniu takiej kwoty. Choć to niewykluczone, patrząc na szansę, przed którą stanęli w stolicy.

Drugi raz w swojej historii, Union stoi przed szansą awansu do Bundesligi, ostatni raz w 2002 roku zawiedli w 32. kolejce. U steru jest teraz Jens Keller, który w latach 2013-14 prowadził Schalke Gelsenkirchen, to on jest odpowiedzialny za gwałtowny wzrost berlińczyków. W Bundeslidze był wyszydzany, miał nie pasować do posady takiego formatu, jak ta pierwszego trenera „Die Knappen”. To, że wprowadził ich do Ligi Mistrzów w 2013 i 2014 roku, w żaden sposób nie zmieniło jego publicznego wizerunku. Sam uważa, że został tam trochę skrzywdzony.

- Zapytaj ludzi wokół Schalke powiedzą, że jestem cały czas taki sam. Jestem wyluzowany i życie to potwierdza, a nie fałszywe zdjęcie z okresu pracy w Gelsenkirchen. Mogę być szczęśliwy dziesięć razy, a trzy wyglądać smutno. To smutne zdjęcie zostało wybrane i dodano podpis „oblicze kryzysu”. Później miałem wiele rozmów z różnymi ludźmi, w których ta druga strona mówiła: „Hej Jens, jesteś zupełnie innym człowiekiem”. Nie, to ja. Tamto, to tylko fałszywy obraz mnie – opowiadał 46-latek.

Po zwolnieniu, zrobił sobie półtora roku przerwy. W tym czasie był na stażu w Manchesterze United u Louisa van Gaala, uzyskał certyfikat Uniwersytetu w Saint Gallen w zakresie zarządzania sportowego. Miał kilka propozycji pracy, ale nie był nimi zainteresowany. W końcu, wiosną 2016 roku odezwał się Union. Znalazł sobie zespół z potencjałem do stworzenia czegoś więcej, ale też spokojnej pracy. To coś zupełnie innego po rollercoasterze, który przeżył u poprzedniego pracodawcy. 

Nikt jednak nie przypuszczał, że sytuacja w obecnym sezonie będzie wyglądać tak dobrze. Oczywiście wszyscy chcieli, żeby było lepiej, niż w poprzednim sezonie, gdy skończyli na szóstej pozycji, ale nikt nie spodziewał się włączenia w walkę o awans. Nikt nie spodziewał się, że Union będzie grał taki futbol, jak obecnie, czyli szybko, zakładając wysoki pressing, rzadko kiedy dopuszczając rywala do piłki. Wielu szkoleniowców rozpływa się po meczach nad klubem z Berlina, bramkarz St. Pauli, Philipp Heerwagen powiedział wprost: „To najlepszy w tym sezonie zespół, z jakim się mierzyliśmy”. 

Przez mądre zarządzanie, istnieją możliwości do spokojnego rozwoju już na poziomie Bundesligi. Od jakiegoś czasu istnieje plan rozbudowy stadionu An der Alten Försterei do 35 tysięcy miejsc. I choć Jens Keller przestrzega przed zbytnim optymizmem, to kibice są innego zdania i ostatnio wywiesili transparent z ironicznym napisem: „Scheiße, wir steigen auf!“, czyli: „Cholera, awansujemy!”.



ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: 1. FC Union Berlin Niemcy Jens Keller
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2017 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.