Genk i Lech Poznań, czyli fabryki talentów. Jak stać się topową akademią?
2025-08-29 00:40:46; Aktualizacja: 4 godziny temu
Genk i Lech Poznań uczą jednego: nie liczy się wyłącznie talent, a cały system, który za nim stoi. Belgowie robią z tego biznes na miliony euro, tymczasem Lech pokazuje, że w Polsce też da się szkolić zawodników zdolnych do gry na europejskim poziomie. Oba kluby wymieniają się wiedzą i doświadczeniami, inwestują w infrastrukturę. Obserwują, analizują i ustawiają młodych pod światło reflektorów, by finalnie mogli oni spełniać swoje marzenia.
Setki zawodników, dziesiątki roczników, nieustanna selekcja. Codzienność akademii piłkarskich to proces odsiewania - z szerokiej bazy pozostaje garstka zdolnych do gry na najwyższym poziomie.
W Genku system oparty na latach konsekwentnego i racjonalnego działania przynosi wymierne rezultaty, czego wizytówką są Kevin De Bruyne, Thibaut Courtois czy Leandro Trossard.
Podobną filozofię - choć w polskim wydaniu - realizuje Lech Poznań. „Kolejorz” wypuścił w świat takie nazwiska jak Jakub Moder, Dawid Kownacki, Karol Linetty, Michał Skóraś czy Kamil Jóźwiak, pokazując, że skuteczne połączenie szkolenia młodzieży z jej wejściem do pierwszego zespołu nie jest dla niego jedynie zgrabnie ułożoną teorią.Popularne
Nic dziwnego, że oba kluby, dostrzegając punkty wspólne, postanowiły zacieśnić swoje stosunki, by wymieniać się doświadczeniami.
- Współpraca z KRC Genk rozpoczęła się w 2019 roku, choć pierwsze sygnały pojawiły się już w 2018 roku, kiedy belgijski klub wyraził zainteresowanie udziałem w Lech Cup - słyszeli o nim jako o jednym z wiodących turniejów młodzieżowych w Europie. W 2018 roku mieliśmy pełną obsadę turnieju, natomiast w 2019 roku udało się ich zaprosić, co spotkało się z dużym entuzjazmem ze strony Genku. Od tamtej pory klub uczestniczy w turnieju co roku - mówi w rozmowie z Transfery.info wicedyrektor szkolenia Akademii Lecha Poznań, Amilcar Carvalho. - Współpraca obejmuje również wymianę doświadczeń na płaszczyźnie szkoleniowej i organizacyjnej. Już w 2019 roku koordynator szkolenia Genku, Koen Daerden, wystąpił na Lech Conference z wykładem dotyczącym bio-bandingu, który spotkał się ze świetnymi recenzjami trenerów. W zeszłym roku pojawiły się także zaproszenia ze strony Genku na staże, wymianę praktyk i obserwacji - nie tylko w aspektach sportowych, ale również organizacyjnych. Wtedy udział wzięło pięciu przedstawicieli naszej akademii. Dziś utrzymujemy regularny kontakt. Genk to klub, który posiada bardzo dobrze rozwinięte procesy szkoleniowe i skautingowe, dzięki czemu jest w stanie rywalizować na tym polu z uznanymi markami, takimi jak Club Brugge czy RSC Anderlecht.
Trzy akademie - Genk, Club Brugge i Anderlecht - dominują w kształceniu piłkarzy na belgijskiej ziemi. Prawdopodobieństwo, że zawodnik opuszczający Jupiler Pro League na rzecz przenosin do czołowej ligi europejskiej, posiada pieczęć jakości jednej z wymienionych szkółek, jest bardzo wysokie.
Renoma tych akademii znajduje odzwierciedlenie w liczbach. Jak wynika z wyliczeń „Het Nieuwsblad”, aż 26 wychowanków Genku występowało w poprzednim sezonie belgijskiej ekstraklasy. Więcej graczy w rodzimych rozgrywkach miały tylko Club Brugge (28) oraz Anderlecht (34).
To dowód na szerokość bazy i skuteczność selekcji. Genk, nie mając atutów w postaci wielkiej aglomeracji jak Anderlecht czy ultranowoczesnego centrum treningowego (jeszcze) jak Club Brugge, szuka przewagi w innych obszarach. Stawia na sieć klubów partnerskich, w których już od najmłodszych kategorii wiekowych realizowana jest ta sama filozofia szkoleniowa.
Do każdego z takich klubów przypisany jest trener, który obserwuje mecze, rozmawia z lokalnymi koordynatorami, by wskazać zawodników wartych bliższej uwagi. Potem ci chłopcy trafiają na radar akademii, a następnie - jeśli potwierdzą wcześniejsze pozytywne wrażenia - na treningi w Genku.
***
Genk wyróżnia się wszechstronnym i przemyślanym podejściem do szkolenia. Akademia kładzie nacisk na rozwój techniczny i taktyczny zawodnika, przy jednoczesnym kształtowaniu jego inteligencji boiskowej. Wychowankowie uczą się funkcjonowania na wielu pozycjach, łącząc to z adaptacją do różnorodnych systemów i stylów gry. Celem jest wykształcenie kompleksowego piłkarza.
- Genk jest klubem, który świadomie stawia na młodych zawodników. To jeden z filarów jego funkcjonowania – ogrywać, rozwijać i sprzedawać piłkarzy. Wynika to też z tego, że Genk nie ma zewnętrznego inwestora, więc musi sam na siebie zarobić. Dlatego młodzi zawodnicy zawsze dostają tu swoją szansę - mówi Przemysław Łagożny, były asystent trenera Genku, w rozmowie z Transfery.info.
Pod koniec ubiegłego sezonu „Het Nieuwsblad” opublikowało artykuł, z którego wynika, że od początku XXI wieku Genk zarobił na swoich wychowankach 94,45 miliona euro. To drugi najwyższy wynik w Belgii za Anderlechtem (171,75 miliona euro), a przed Standardem Liège (65,2 miliona euro) i Club Brugge (63,3 miliona euro) - choć świeżo upieczony uczestnik nadchodzącej edycji Ligi Mistrzów wyraźnie zbliżył się do Genku po letnich sprzedażach Chemsdine'a Talbiego (za 20 milionów euro do Sunderlandu) i Maxima De Cuypera (za 20 milionów euro do Brighton & Hove Albion).
Zagraniczne kluby z czołowych lig bardzo chętnie sięgają po graczy szkolonych w akademii Genku. Najbardziej spektakularnym przykładem jest Mike Penders. Młody golkiper zadebiutował w pierwszej drużynie „Smerfów”, by ledwie kilka dni później zostać sprzedanym do Chelsea za 20 milionów euro.
Tylko w ostatnich latach Genk zarabiał również na sprzedażach Bilala El Khannoussa do Leicester City za 22,5 miliona euro (ostatnio mówiło się o nim nawet jako o potencjalnym następcy Eberechiego Eze w Crystal Palace) czy Maartena Vandevoordta do RB Lipsk za 10 milionów euro. Do tego dochodzą transfery mniej rozpoznawalnych zawodników - jak Casper De Norre, sprzedany najpierw za milion euro do OH Leuven, a potem za 2,5 miliona do Millwall, czy Tobe Leysen, który przyniósł Limburczykom zysk 550 tysięcy euro, a dziś jest jednym z wyróżniających się bramkarzy w Jupiler Pro League, regularnie stając między słupkami w barwach OH Leuven.
- Genk wyrobił sobie markę klubu, w którym młodzi zawodnicy chcą grać. Widzą „success story” i wiedzą, że dostaną szansę. Ścieżka rozwoju jest harmonijna. Junior starszy gra zazwyczaj w Młodzieżowej Lidze Mistrzów, drugi zespół na poziomie drugiej ligi belgijskiej, a pierwsza drużyna w najwyższej klasie rozgrywkowej. To sprawia, że szesnasto-, siedemnasto- czy osiemnastolatkowie mogą szybko łapać doświadczenie i przez to łatwiej jest im później wejść do pierwszego zespołu - wyjaśnia Przemysław Łagożny.
Dla takich piłkarzy jak Josué Kongolo ta ścieżka może być wkrótce trampoliną. 19-letni stoper, wychowany w akademii Genku od dziewiątego roku życia, ma za sobą dziesięć meczów w pierwszej drużynie i widok na zanotowanie przełomowego sezonu w dotychczasowej przygodzie z futbolem.
- Jako środkowemu obrońcy nie będzie mu łatwo o grę, ale przy podziale obowiązków między ligę i puchary może wykorzystać swoje „pięć minut”. Mam w głowie jego występ w sierpniowym meczu ubiegłego sezonu przeciwko Club Brugge. Zagrał wtedy kapitalnie. To chłopak o dużych umiejętnościach i głową na karku. Jeśli będzie w formie, na pewno dostanie swoją szansę - przeczuwa Łagożny.
Podobnie sprawa wygląda z Ibrahimą Bangourą. Malijczyk trafił do Belgii z Johnson Académie Sport dopiero jako osiemnastolatek, ale to właśnie w Genku przeszedł najważniejszą fazę dojrzewania piłkarskiego, poznając zupełnie nową kulturę gry.
- To zawodnik o ogromnym potencjale, zwłaszcza fizycznym. Niestety, od końcówki poprzedniego sezonu borykał się z problemami zdrowotnymi. Jeśli jednak nie będą nękały go urazy i będzie prowadzony we właściwy sposób, może pójść drogą Wilfreda Ndidiego, który trafił z Genku do Leicester City - ocenia Łagożny.
Na liście najbardziej obiecujących talentów Genku jest jednak jeden zawodnik, który przyciąga uwagę całej Europy. Konstantinos Karetsas, 17-letni Grek, uchodzi za prawdziwy diament i ma realną szansę pobić rekord belgijskiej ekstraklasy. Genk już teraz zdaje sobie sprawę, że sprzedaż tego młodzieńca może przynieść kwotę wyższą niż 37,5 miliona euro, które Club Brugge otrzymało za Charlesa De Ketelaere.
W kolejce czekają też Noah Adededji-Sternberg i Matte Smets. Pierwszy z nich, pomimo poważnego zainteresowania ze strony konsorcjum BlueCo, które stoi za londyńską Chelsea, zdecydował się ostatnio przedłużyć swój kontrakt do końca czerwca 2028 roku, co samo w sobie stanowi potwierdzenie skuteczności strategii Genku oraz jego rosnącą pozycję na rynku.
***
Genk szykuje przyszłe gwiazdy. Te nazwiska warto zapamiętać. „Ma cechy wybitne”
***
Za wielopłaszczyznowym rozwojem idą również inwestycje w infrastrukturę. Do końca 2026 roku powstanie nowoczesny kompleks H.Essers Talent Park z trzema hybrydowymi boiskami (w tym dwa z podgrzewaną murawą), basenem z rozsuwaną podłogą, siłownią o powierzchni 1400 m², a także jadalnią, biurami, salami konferencyjnymi i audytorium.
To dowód, że Genk nie zamierza osiadać na laurach. Wręcz przeciwnie - chce jeszcze mocniej zakotwiczyć się w europejskiej czołówce akademii.
- Filozofia i wiara w młodzież to coś, co wyróżnia Genk. Klubów, które mogą pochwalić się obecnością utalentowanych zawodników, jest dużo. Kwestia tego, żeby na nich postawić, a potem odpowiednio poprowadzić - tłumaczy nam Przemysław Łagożny. - Dzięki infrastrukturze wszystko jest blisko siebie i funkcjonuje bardzo płynnie. Zawodnicy z pierwszej drużyny schodzili do rezerw, a utalentowani juniorzy czasem trenowali z nami. Zazwyczaj jednak droga z akademii wiedzie przez drugi zespół i dopiero stamtąd trafia się do pierwszej drużyny.
- Przepływ informacji funkcjonował codziennie. W sztabie pierwszej drużyny były osoby pracujące wcześniej w akademii, więc komunikacja przebiegała naturalnie. Odbywały się także cykliczne spotkania, podczas których identyfikowano zawodników z potencjałem, na których warto zwrócić uwagę - opowiada nasz rozmówca. - Na meczach drugiego zespołu było zazwyczaj kilku członków sztabu szkoleniowego pierwszego zespołu. Do tego niemal wszyscy chodziliśmy na mecze Młodzieżowej Ligi Mistrzów. Zobaczyć, jak te rozgrywki wyglądają.
***
Choć Lech Poznań nie ma dziś w swojej akademii chłopaków, którzy od razu trafiają na radar gigantów pokroju Manchesteru City, Realu Madryt czy Arsenalu, to i tak w kontekście polskim, a także w szerszej perspektywie europejskiej, „Kolejorz” pozostaje wyjątkowy.
Na początku ubiegłego roku CIES Football Observatory opublikowało ranking stu najbardziej dochodowych akademii świata. Chodziło o przychody z ostatniej dekady, generowane sprzedażą piłkarzy, którzy między 15. a 21. rokiem życia spędzili w klubie przynajmniej trzy sezony. Na liście zabrakło wówczas belgijskiego Genku, za to pojawił się Lech. Wychowankowie przynieśli poznaniakom aż 59 milionów euro.
- Od początku jednym z naszych fundamentów jest inkluzywność. Projekt Lech Future jest tego najlepszym przykładem - każdemu dziecku, które chce założyć koszulkę Lecha i trenować, staramy się zapewnić taką możliwość, najczęściej w pobliżu miejsca zamieszkania, w całej Wielkopolsce - opowiada nam wicedyrektor szkolenia Akademii Lecha Poznań, Amilcar Carvalho. - Drugim kluczowym obszarem są wartości klubowe, które kształtują osobowość zawodników: jedność, odwaga i doskonalenie. W codziennej pracy poszukujemy i rozwijamy cechy takie jak pracowitość, autonomia, odpowiedzialność, odwaga oraz poczucie zespołowości. Całość naszej pracy skupia się na rozwoju holistycznym -obejmującym wszystkie obszary życia młodego sportowca. Inwestujemy w infrastrukturę, m.in. w CBR oraz nowoczesne technologie, takie jak Skills Lab, które wspierają rozwój. Równocześnie dbamy o obszar edukacyjny - prowadzimy własną szkołę, niepubliczne Liceum Ogólnokształcące Mistrzostwa Sportowego we Wronkach, dzięki czemu możemy jeszcze bardziej optymalizować proces rozwoju młodego człowieka poprzez indywidualizację oraz personalizację nauki i treningu.
To właśnie Wronki stały się sercem projektu. Za 55 milionów złotych (rekordowa inwestycja w historii klubu) powstał kompleks, jakiego w Polsce dotąd nie było - nowoczesna kuźnia talentów, ale też dom, szkoła i miejsce, w którym dojrzewa się nie tylko do roli piłkarza, ale i człowieka gotowego „chwycić życie za rogi”. Wystarczy zajrzeć do środka. Główne wejście wita fragmentem torów kolejowych, symbolicznym nawiązaniem do robotniczych, „kolejarskich” korzeni Lecha. Na stalowych szynach widnieją nazwiska tych, którzy przeszli przez akademię i wyszli w świat. Kilka miejsc pozostawiono jednak pustych - z myślą o zawodnikach, którzy dopiero napiszą swoją historię.
Konkurencja oczywiście nie śpi. Od dawna solidną wylęgarnią jest Zagłębie Lubin, coraz odważniej młodych chłopaków do pierwszej drużyny wpuszcza Pogoń Szczecin, swoje nowoczesne Training Center postawiła Legia, a Jagiellonia i Widzew szykują grunt pod inwestycje. Tyle że póki co najlepiej z tym wszystkim radzi sobie Lech.
- Dzisiaj możemy wskazać kilka obszarów, które nas wyróżniają - przede wszystkim nowoczesną infrastrukturę, dostęp do innowacyjnych technologii oraz rozbudowaną strukturę szkoleniową i organizacyjną. Jednak najbardziej rozpoznawalni jesteśmy dzięki temu, że konsekwentnie i skutecznie wprowadzamy zawodników do pierwszego zespołu, do kadr narodowych oraz do klubów najlepszych lig w Europie - mówi Amilcar Carvalho.
Nie są to pustosłowia. Wystarczy spojrzeć na obecną kadrę Lecha. Z piętnastu zawodników posiadających polski paszport, tylko dwóch - Radosław Murawski i Filip Jagiełło - nie przeszło szkolenia w poznańskiej akademii. Reszta to wychowankowie z pełnym rodowodem klubowym.
A jeśli ktoś chce zrozumieć skalę wpływu „Kolejorza” na polską piłkę, powinien rzucić okiem na sierpniowe listy powołań: kategoria U-15 - dwóch, U-17 - pięciu, U-18 - czterech, U-19 - dwóch, U-20 - jeden. Łącznie 14 uzdolnionych chłopaków. Żaden z klubów Ekstraklasy nie dostarczył jak dotąd większej liczby zawodników na najbliższe zgrupowania kadr narodowych.
- To, co dodatkowo nas wyróżnia, to odwaga i doświadczenie w procesie integracji młodych piłkarzy z pierwszą drużyną. Dużo czasu poświęcamy analizie, indywidualnej opiece i monitorowaniu zawodników, którzy znajdują się na tym etapie. Po ponad dekadzie pracy w tym obszarze wiemy, jakie czynniki sprzyjają rozwojowi, a które mogą go hamować - wyjaśnia wicedyrektor Akademii Lecha Poznań w rozmowie z Transfery.info.
- Jako przykład mogę podać Antoniego Kozubala, który napotkał duże trudności w konsolidacji pozycji w pierwszym zespole po pierwszym wypożyczeniu. Jednym z czynników, które miały duży wpływ, była objętość i regularność rozgrywek -graliśmy co trzy dni, co ograniczało jego możliwość regularnego treningu, a minuty, jakie otrzymywał, nie były wystarczające, by się rozwijał. Dlatego postanowiliśmy ponownie go wypożyczyć. Ta zdolność do świadomego podejmowania decyzji w kluczowych momentach - kiedy i jak wprowadzać zawodnika do pierwszej drużyny - jest jednym z elementów, które nas odróżniają.
***
Lech stał się realnym eksporterem piłkarskich talentów, generując przy tym znaczące wpływy - jak na polskie warunki, kwoty są imponujące: 11 milionów euro za Jakuba Modera (do Brighton & Hove Albion), 10 milionów euro za Jakuba Kamińskiego (do Wolfsburga), sześć milionów euro za Michała Skórasia (do Club Brugge), 4,3 miliona euro za Kamila Jóźwiaka (do Derby County), trzy miliony euro za Filipa Marchwińskiego (do Lecce), 2,5 miliona euro za Tymoteusza Puchacza (do Unionu Berlin) i dwa miliony euro za Roberta Gumnego (do Augsburga).
A to nie wszystko, bo jeszcze wcześniej klubową kasę „Kolejorza” zasilały przelewy ze sprzedaży Jana Bednarka (sześć milionów euro, do Southampton), Dawida Kownackiego (cztery miliony euro, do Sampdorii), Karola Linettego (3,1 miliona euro, też do Sampdorii) czy Tomasza Kędziory (półtora miliona euro, do Dynama Kijów).
Taka lista wystarczy, żeby w Polsce rozłożyć konkurencję na łopatki. Przy Bułgarskiej wiedzą jednak, że rubryka w Excelu jeszcze mocno wywinduje. Już teraz pod kątem zanotowania zagranicznych transferów można rozpatrywać takich graczy, jak Bartosz Mrozek, Michał Gurgul czy Antoni Kozubal.
Niemniej droga z akademii do pierwszego zespołu Lecha nie jest sprintem, ale sekwencją kroków. Etap po etapie - właśnie tak, jak opisuje nam to Amilcar Carvalho.
- Pierwsze doświadczenia - zawodnik z drugiego zespołu czy juniorów starszych uczestniczy w wybranych treningach i zgrupowaniach pierwszej drużyny. To moment pierwszego kontaktu z wymaganiami pierwszego zespołu. Na tym etapie najważniejszy pozostaje dalszy rozwój w akademii po tych doświadczeniach.
- Integracja ze składem pierwszego zespołu - przejście na stałe do pierwszej drużyny. Na tym etapie zawodnik walczy o debiut i stopniowe zdobywanie doświadczenia meczowego w oficjalnych spotkaniach. Jako pełnoprawny zawodnik pierwszego zespołu doświadcza pełnego procesu treningowego, który go rozwija. Często jednak występuje także w meczach drugiego zespołu, gdyż regularna gra nadal pozostaje kluczowym elementem rozwoju.
- Konsolidacja pozycji - to jeden z najbardziej wrażliwych etapów. Zdarza się, że zawodnik jest na tyle blisko kadry meczowej, że znajduje się w meczowej dwudziestce, ale na tyle jeszcze daleko, że nie pojawia się na boisku. W takich przypadkach naszym zadaniem jest zbilansowanie i zarządzanie tym procesem tak, aby z jednej strony czerpał doświadczenie związane z uczestnictwem w życiu pierwszego zespołu, a z drugiej miał zapewnioną - na ile to możliwe - regularną grę. Zakładamy, że zawodnik powinien rozegrać minimum dwa pełne spotkania w miesiącu. Brak występów jest bowiem najtrudniejszym scenariuszem, szczególnie wtedy, gdy pierwszy zespół rywalizuje w europejskich pucharach i gra co trzy dni. Wtedy zawodnik nie otrzymuje ani odpowiedniej dawki treningu, ani wystarczającej liczby minut meczowych. Dlatego tak ważna jest systematyczna komunikacja między sztabem pierwszego zespołu a akademią. Spotykamy się niemal co tydzień, analizujemy sytuację poszczególnych zawodników i na bieżąco dostosowujemy plany.
- Wypożyczenia - gdy zawodnik już zadebiutował, ale nie jest jeszcze podstawowym piłkarzem Lecha, często kierujemy go na wypożyczenie do klubu z wyższego poziomu niż drugi zespół. To pozwala mu zmierzyć się z wymaganiami piłki seniorskiej. Dodatkowym atutem jest aspekt społeczny - zawodnik uczy się funkcjonowania poza domem, samodzielności i odpowiedzialności, co przyspiesza jego dojrzewanie.
Aby cały proces przebiegał sprawnie, w Lechu wdrożono stanowisko „trenera transition”. Brzmi to poważnie i fachowo, lecz w praktyce chodzi o osoby odpowiedzialne za monitorowanie rozwoju i zapewnienie płynnego przejścia młodych zawodników z akademii do pierwszej drużyny.
- Trener Transition - wprowadziliśmy rozwiązanie powszechnie stosowane w klubach zachodnich. Chodzi o osobę, która w pełni koncentruje się na procesie przejścia z akademii do pierwszego zespołu - planowaniu, monitoringu i komunikacji. U nas odpowiadają za to Hubert Wędzonka (ze strony pierwszego zespołu) i Maciej Wilusz (ze strony akademii). To rozwiązanie uważamy dziś za absolutnie konieczne i całkowicie ukierunkowane na potrzeby zawodników na etapie „transition”.
- Cały ten proces jest bardzo wymagający - można wiele zyskać, ale i wiele stracić. Dlatego tak istotne są nie tylko działania wewnątrzklubowe, ale także regulacje instytucji zarządzających rozgrywkami, które wspierają kluby i promują stawianie na młodych zawodników w tym newralgicznym etapie, jednocześnie dbając o średnio- i długofalowy zrównoważony rozwój piłki w kraju - podsumowuje Amilcar Carvalho.
***
Patrząc globalnie, można dojść do wniosku, że zarówno Genk, jak i Lech Poznań kierują się analogiczną filozofią - wszędzie najpierw inwestuje się w fundament, a potem zbiera owoce. W obu klubach proces przejścia młodego gracza do pierwszego zespołu jest uporządkowany, a także ukierunkowany na edukację i długofalowy plan.
To sprawia, że zarówno w Limburgii, jak i Wielkopolsce potrafią nie tylko promować talenty do gry na najwyższym poziomie, ale i zabezpieczać przyszłość swoich akademii pod względem sportowym i finansowym.
Tę ocenę podziela Amilcar Carvalho.
- Zdecydowanie tak. Wcześniej wymienione działania odbywają się w sposób bardzo podobny. W obu klubach proces przejścia z akademii do pierwszej drużyny traktowany jest strategicznie. Zarówno w Genku, jak i u nas, zawodnik nie trafia do pierwszego zespołu przypadkowo - to zawsze efekt długofalowego planu i wielu lat pracy szkoleniowej i skautingowej. Będąc już w pierwszym zespole, priorytetem jest uzyskanie wartości sportowej, a dopiero później finansowej, która pozwala reinwestować w rozwój klubu. Łączy nas także sposób dostrzegania potencjału. Zawodnicy, których rekrutujemy, są różnorodni. Zarówno my, jak i Genk, cieszymy się z tego, że niemal na każdej pozycji rozwinęliśmy zawodników, którzy najpierw wyróżniali się na arenie krajowej, aby potem zrobić krok dalej w karierze za granicą - odpowiada działacz Akademii Lecha.
Pozostaje mieć nadzieję, że kolejni wychowankowie Lecha, którzy trafią do zagranicznych lig, wyniosą renomę poznańskiej akademii na jeszcze wyższy poziom. Każdy udany transfer nie tylko przynosi korzyści finansowe, ale też wzmacnia pozycję klubu w oczach europejskich skautów i dyrektorów sportowych.
W praktyce oznacza to, że przy kolejnych negocjacjach Lech będzie mógł ustalać wyższe kwoty wyjściowe, opierając się na konkretnych przykładach sukcesów swoich wychowanków. To z kolei tworzy efekt kuli śnieżnej - prestiż akademii przyciąga kolejnych zdolnych zawodników, którzy widzą realną ścieżkę rozwoju i szansę na transfer do czołowych lig, a klub zyskuje zarówno finansowo, jak i sportowo, umacniając swoją pozycję na europejskiej mapie młodzieżowego futbolu.
Tak dziś robi to Genk.