100 milionów euro w trzy lata. Czy Tottenham w końcu zrozumie, co jest ważne?

2023-02-03 08:56:32; Aktualizacja: 1 rok temu
100 milionów euro w trzy lata. Czy Tottenham w końcu zrozumie, co jest ważne? Fot. Tottenham Hotspur FC
Redakcja
Redakcja Źródło: Transfery.info

Pedro Porro to czwarty ściągnięty przez Tottenham w ostatnich trzech latach prawy obrońca bądź wahadłowy. Tak duże problemy z jedną pozycją to jednak nie przyczyna problemów Tottenhamu, lecz jeden z wielu symptomów.

W 2020 roku londyńczycy kupili na prawą obronę Matta Doherty’ego. Irlandczyk nieźle radził sobie jako wahadłowy w Wolverhampton, ale wówczas trenerem Tottenhamu był Jose Mourinho, który stawiał raczej na grę z czwórką defensorów. Dlatego na prawej obronie Doherty grał raczej miernie, a rozkwitł, dopiero gdy w 2022 roku rozkręciła się maszyna Antonio Conte, choć jego dobra forma była raczej efemerydą. Po kontuzji z kwietnia jest bez formy.

W 2021 roku ściągnięto Emersona Royala, bo Nuno Espirito Santo (trener Doherty’ego w Wolves) miał grać w ustawieniu 1-4-3-3, a Brazylijczyk do takiej taktyki pasuje bardzo dobrze. Po dwóch miesiącach do klubu trafił jednak Conte, który stawia na wahadłowych. A Royal wahadłowym nie jest. W 47 meczach Premier League zdobył tylko dwa gole i zaliczył ledwie dwie asysty, a jego próby gry w ataku budzą raczej śmiech kibiców niż strach rywali.

I wreszcie w letnim okienku transferowym trafił do Tottenhamu trafił Djed Spence, który był jednym z najlepszych piłkarzy Championship w poprzednim sezonie. Pasuje profilem do stylu gry Tottenhamu - jest szybki i ofensywnie nastawiony, ale to jednak zawodnik młody i niedoświadczony. Antonio Conte przykleił mu więc łatkę transferu „klubowego”, co należy tłumaczyć na taki zrobiony wbrew wizji Włocha. I młody Anglik grywał ledwie ochłapy.

Podsumowując, mamy więc typowego wahadłowego ściągniętego do trenera grającego bez wahadłowych.

Do tego typowego bocznego obrońcę, który trafił na trenera stawiającego na wahadła.

I młodego wahadłowego, który trafił do trenera rzadko stawiającego na młodych.

Żaden nie był w stanie zastąpić Walkera

Zatem mimo tych trzech transferów, Tottenham wciąż tkwi w punkcie wyjścia. Dlatego też w tę zimę Tottenham chciał ściągnąć prawego wahadłowego, bo bez jakości na tej pozycji futbol Antonio Conte po prostu nie działa.

Udało się - za 45 milionów euro przyszedł Pedro Porro. Otwartą kwestią pozostaje to, jak sprawdzi się w nowym klubie i jak długo będzie pracował z włoskim menedżerem.

Łącznie więc Spurs w ostatnich trzech latach wydali 100 milionów euro na prawych obrońców bądź wahadłowych.

A patrząc z szerszej perspektywy, mimo takich wydatków na jedną pozycję, „Kogutom” przez lata nie udało się realnie zastąpić Kyle’a Walkera (odszedł w 2017 roku).

Przez dwa sezony udanie na prawej obronie grał Kieran Trippier, ale później był już cały szereg mniej lub bardziej udanych zastępców. Od 2017 roku - poza Anglikiem - z prawej strony defensywy grali bowiem Serge Aurier, Kyle Walker Peters, a niekiedy także Juan Foyth, Davinson Sanchez czy Japhet Tanganga.

Łącznie więc dziewięciu różnych piłkarzy próbowało wejść w buty Kyle’a Walkera. Z dwoma klub musiał rozwiązać kontrakt (Aurier i Doherty). Teraz kolej na Porro.

Brak sukcesji

Tak wiele nietrafionych transferów i nieudanych prób nie jest raczej kwestią pecha. To błędy w planowaniu kadry i przygotowywaniu planów na sukcesję zawodników.

To znaczy: planów na to, jak zastąpić najlepszych piłkarzy bez większego tąpnięcia w poziomie całego zespołu.

Tottenham takiej sukcesji nie zrobił. Porównując do najlepszych sezonów Mauricio Pochettino, niemal na każdej pozycji gra zawodnik słabszy niż wtedy.

Żaden ze stoperów nie gra na takim poziomie jak Alderweireld czy Vertonghen, żaden z pomocników nie potrafi tak trzymać piłki, jak Mousa Dembele. Nie ma też tak konsekwentnie kreatywnego piłkarza, jak Christian Eriksen. Poziom trzyma jedynie Harry Kane, bo w tym sezonie zjazd formy zaliczyli inni kluczowi piłkarze tamtego zespołu: bramkarz Hugo Lloris oraz skrzydłowy Heung Min-Son.

Oczywiście sukcesja w piłce nożnej jest zadaniem bardzo trudnym - bez wsparcia bogatego właściciela trudno jest utrzymać przez wiele sezonów odpowiedni poziom i regularnie kupować odpowiednich zawodników. Jeszcze trudniej jest zrobić krok do przodu, by realnie walczyć o trofea.

Kłopot w tym, że Tottenham sobie w tej sukcesji nie pomógł.

Co jest pilne, a co jest ważne?

W jednym z najbardziej popularnych „podręczników” do zarządzania klubem piłkarskim wydanym przez agencję konsultingową Twenty First Group można znaleźć taki cytat z Dwighta Eisenhowera: - To, co ważne, rzadko bywa pilne, a to, co pilne, rzadko bywa ważne.

Pilne są wyniki w najbliższych meczach. Ważne jest jednak miejsce w tabeli na koniec sezonu. Pilne jest ściągnięcie wartościowego zawodnika w najbliższym okienku transferowym. Ważny jest jednak odpowiedni plan sukcesji.

W ostatnich latach Tottenham konsekwentnie bowiem skupiał się na tym, co pilne, a umknęło mu to, co ważne.

A przecież przez dwie poprzednie dekady „Koguty” doskonale wiedziały, co jest najważniejsze.

Odkąd konsorcjum ENIC wykupiło Tottenham w 2001 roku, drużyna z roku na rok pięła się coraz wyżej w tabeli.

Jak rósł Tottenham

Gdy Daniel Levy zostawał prezesem klubu, Tottenham urósł z drużyny regularnie zajmującej miejsca w dolnej części tabeli do drużyny, która udanie walczy o miejsce w Lidze Mistrzów.

W 20 lat przychody Tottenhamu, jak czytamy w raportach Deloitte, wzrosły pięciokrotnie (ze 100 do 500 milionów euro), a przychody najbogatszego klubu w Europie (wtedy: Manchester United, dziś: Manchester City) wzrosły z 228 milionów euro do 731 milionów euro, zatem nieznacznie ponad trzy razy.

Klub finansowo rósł więc szybciej niż globalny futbol. Udało się to organicznie, bez wsparcia oligarchów czy krajów arabskich, a do tego Tottenham wybudował nowy ośrodek treningowy i nowy stadion.

Udało się to głównie za sprawą starej jak świat zasady: kupuj tanio, drogo sprzedaj. Tottenham ściągał młodych zawodników, których potem odsprzedawał innym klubom. I za każdym razem wykorzystywał te pieniądze na kolejne kroki do przodu.

Tottenham w połowie pierwszej dekady XXI wieku był ligowym średniakiem, w którym grali Michael Carrick i Dimitar Berbatow. Oddanie ich do Manchesteru United pozwoliło zbudować drużynę, która awansowała w 2010 roku do Ligi Mistrzów.

Tej drużynie prym wiedli Luka Modrić i Gareth Bale, których później Tottenham sprzedał do Realu Madryt. W następnej iteracji drużyna zaczęła walczyć nawet o mistrzostwo Anglii, a w Champions League grała regularnie.

Coś pękło

Ten cykl przerwano jednak wraz z otwarciem nowego stadionu. Od 2019 roku aż dziesięć angielskich klubów sprzedało piłkarzy za więcej pieniędzy niż Tottenham (151 milionów euro). Chelsea zarobiła aż 400 milionów euro, a Manchester City - 388 milionów euro.

Jednocześnie Tottenham wydaje bardzo dużo, jest piątym najbardziej rozrzutnym angielskim klubem, kupiono piłkarzy za 527 milionów euro, ale to wciąż o 80 milionów euro mniej niż Arsenal.

O to właśnie relatywne skąpstwo coraz więcej kibiców Tottenhamu ma pretensje do Daniela Levy’ego. Szczególnie głośno jest na meczach wyjazdowych, bo przyśpiewki wzywające prezesa klubu do odejścia ze Spurs mieszają się ze wsparciem dla trenera Antonio Conte.

Tajemnicą poliszynela bowiem jest, że Włoch domaga się pilnych transferów na „tu i teraz”, by mógł walczyć o najwyższe cele. Kibice też chcą trofeów, a główną przeszkodę w realizacji tych celów widzą w Danielu Levym. A tego, który przyniesie upragnione puchary, widzą właśnie w Conte. Nie chcą powtórki z Jose Mourinho. Nie chcą kolejnego trenera, który wygrywa wszędzie, tylko nie w Tottenhamie. A Conte może przecież odejść już po tym sezonie.

Wydaje się jednak, że problemem Tottenhamu nie jest brak rozrzutności na rynku transferowym, ale brak bezwzględności w budowaniu nowej drużyny.

– Odpowiedni czas na zmiany to dylemat, który ma każda drużyna odnosząca sukcesy, niezależnie od poziomu. Mądre kluby bardzo dużo czasu spędzają na przygotowaniu planu sukcesji i wiedzą, kiedy budować kolejną iterację drużyny – czytamy w podręczniku od Twenty First Group.

Tottenham przestał być takim mądrym klubem. Jak zauważa Wertheimer, Levy z początków swojej pracy w Spurs zapewne po finale Ligi Mistrzów sprzedałby Harry’ego Kane’a czy Heung Min Sona. Wcześniej zastąpiłby Hugo Llorisa, a nie dopiero po tym, gdy zacznie popełniać babole w każdym niemal meczu.

Nie zatrudniłby też Jose Mourinho czy Antonio Conte, tylko sięgnął po trenera na dorobku, który chciałby rosnąć wraz z drużyną.

Nie ściągałby 28-letniego Doherty’ego mając 22-letniego Foytha.

Po prostu: lepiej rozeznawałby się w tym, co ważne, a co jest pilne.

Transfer Pedro Porro jest pilny, ale czy będzie też ważnym elementem budowy nowej drużyny, okaże się dopiero za jakiś czas. Bo jeśli Conte rzeczywiście odejdzie po tym sezonie, a Tottenham ściągnie nowego trenera, to na prawej obronie wciąż mogą być braki.

I Spurs znów wrócą do punktu wyjścia.

JACEK STASZAK