Argentyńska reprezentacja – quo vadis?!

Argentyńska reprezentacja – quo vadis?!
Redakcja
Redakcja
Źródło: Transfery.info

Argentyna jest taka, jak każdy ją widzi. Przede wszystkim dumna. Szczególnie wtedy, gdy rozmawia sama ze sobą lub ze swoimi przyjaciółmi za granicą. Gorzej sprawa wygląda w innych sytuacjach.

Różnica między tym wewnętrznym a zewnętrznym podejściem polega tylko na tym, że to co między sobą Argentyńczycy uważają za atuty, ktoś z zewnątrz traktuje już jako groteskę, z której można się śmiać.

Podobnie rzecz dotyczy reprezentacji piłkarskiej, która kolejny już raz goni za własnym ogonem. Kolejne dyskusje o tym, co robią źle, a co dobrze. I słynne "wyciąganie wniosków". Czy po Copa America coś z tym faktem zrobiono?

Ze względów szkoleniowych czy też po prostu kreowania zespołu jako grupy ludzi postanowiono zachować pewną ciągłość. Innymi słowy - pozostawić Lionela Scaloniego na stanowisku selekcjonera kadry.

Nie byłoby pewnie w tym wszystkim niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że decydującą pozytywną opinię wygłosił... Cesar Menotti. Mistrz świata z 1978 roku, który raczej powinien skupić się na spokojnym życiu emeryta, czasem z rozżewnieniem wspominającego dawne dzieje reprezentacji.

Tymczasem, od niespełna roku jako dyrektor sportowy AFA, pełni on rolę głównego doradcy i reformatora futbolu z Kraju Srebra. Już sam ten fakt, nabrzmiewa do granic absurdu, ale ten mimo wszystko schorowany człowiek, decyduje o tym, jak ma wyglądać piłka nożna w całym kraju, w tym o kierunku rozwoju, także szkolenia. Mimo wszelkich zasług dla Albicelestes, jest mimo wszystko człowiekiem kompletnie nieprzystosowanym do realiów dzisiejszych czasów. Tych czasów, gdzie jego filozofia stanowi jedynie ciekawostkę, o której można toczyć akademickie dyskusje, a nie wdrażać w życie, bo „poezja ma być wyżej od prozy”.

Większość argentyńskich fachowców, tych patrzących z boku na to wszystko, widzimy w Europie. Diego Simeone, który kocha ojczyznę, ale nie będzie za jej zakrzywione ideały „umierał”. Javier Zanetti, który byłby najlepszy ambasadorem piłki argentyńskiej, gdyby nie to, że w zeszłym roku podczas wizyty we własnym kraju... ukradziono mu auto. Jorge Valdano, który wie, co gnębi argentyńską duszę, ale sami Argentyńczycy krytykują go za to, że ma inne zdanie od nich.

Prób jednak nie brakuje. Stąd też Scaloni dostał do pomocy asystentów, którzy w odróżnieniu od niego byli w tej reprezentacji przez lata, a nie z doskoku. Pablo Aimar, Walter Samuel i Roberto Ayala – chociaż nie mają bogatego doświadczenia trenerskiego, to niuanse taktyczne nie są dla nich obce, a i na pewno nie brakuje im charyzmy. Lionel Messi, Sergio Aguero czy Angel Di Maria dzielili z nimi pokoje, swoje emocje i życie, gdy młodzi tacy jak Justin Foyth, Lautaro Martinez czy Leandro Paredes, chcieli być tacy jak oni. Kiedyś podziwiali ich przed monitorem, dziś mogą dosłownie czuć ich oddech, gdy krzyczą o złym ustawieniu się na boisku – to musi robić wrażenie. Przynajmniej na początku.

Pewnie byłoby miło, gdyby całą czwórkę trenerką łączyły wspólne myśli, a nie tylko cel. Niestety mecze towarzyskie sprzed paru dni, zarówno z Niemcami jak i Ekwadorem, grano w niemal dwóch różnych i eksperymentalnych składach. Tym samym "odwdzięczali" się rywale, którzy również desygnowali składy mocno zbliżone do metody prób i błędów, bez największych gwiazd.

Oba w wykonaniu Argentyny tradycją ostatnich miesięcy były słabe. Jeśli ktoś oglądał mecze Copa America, wciąż widzi te same rozwiązania. Mocno nieporadne i nieprzemyślane ustawianie się zawodników, zarówno w ofensywie jak i defensywie. Brak inteligencji boiskowej u samych graczy, którzy mają problem z koncentracją.

Niemcy podeszli zbyt lekko do drugiej połowy, po tym jak w pierwszej obnażyli wszelkie nieporadności Albicelestes. Argentyńczycy rzucili się na Niemców, którzy bardziej skupieni byli na podtrzymaniu wyniku i uniknięcia kontuzji. To pierwsze się finalnie nie udało i skończyło się towarzyskim remisem 2-2.

Natomiast znacznie weselej było już z Ekwadorem, którego znaczną większość kadry stanowili debiutanci, często dokoptowani brązowi medaliści mundialu U20 z Polski. W tym spotkaniu Argentyna była stroną przeważającą, wręcz dominującą, nie pozwalającą przeciwnikowi na rozwinięcie skrzydeł. Wynik 6-1 to coś z gatunku powyżej oczekiwań. Jednak samozachwyt stanowił dobrą odpowiedź, co z tą kadrą jest nie tak. Wciąż z ograniczoną myślą, prostymi i topornymi decyzjami, za którymi kryje się rotacja składu wyrwana z systemu losowań totolotka.

Formalnie trenerem kadry jest Scaloni, ale podczas Copa America doszło do wolty po tragicznym meczu z Paragwajem i powtórce z mundialu w Rosji. Dlatego też, wedle nieoficjalnych przekazów, decyzje personalne i taktyczne podejmuje trio Aimar, Samuel i Ayala. Jeśli popatrzymy dokładnie na Scaloniego - jego sposób komunikacji i mowę ciała, można zauważyć, że facet wydaje się nieco oderwany od rzeczywistości.

Mówi o sprawach trudnych w sposób podstawowy, trochę filozoficznie, ale też i znacząco w samozachwycie, bez względu na wyniki. Człowiek, który mówi o padającym deszczu, a nie cegłach spadających na jego osobę. Taki, który kocha życie takim, jakie jest. Niestety brakuje wolnych wakatów na ambasadora pokoju na świecie.

O ile jeszcze młodsi piłkarze mogą czuć jako taki autorytet Scaloniego, tak starszyzna z Messim, Di Marią lub Aguero doskonale widzi, że szybciej dogada się z jego tercetem asystentów.

Aimar, Samuel i Ayala, co było dobrze widać podczas Copa America, stoją zawsze daleko od Scaloniego, a wszelkie próby zbliżenia (które najczęściej Scaloni czynił jako pierwszy), sprawiały mocny dyskomfort.

Mało kto pamięta też, że Scaloni był asystentem Sampaolego na mundialu w Rosji. Tam sytuacja stała się już mocno konfliktowa między zawodnikami a rozdartym sztabem - Scaloni poparł Sampaolego jako jedyna osoba z jego sztabu.

Efekt? W Argentynie powstała legenda/anegdota (wykreślić, co uznacie za słuszne), że Scaloni miał poważną scysję słowną z Aguero, gdy snajper City źle wykonywał ćwiczenia strzeleckie przed meczem z Francją. Kiedy Scaloni chciał mu po treningu powiedzieć, na czym polegały jego błędy, to ten kazał mu „pieprzyć się z trenerem”.

Bałagan w związku piłkarskim, także wpływa na seniorską reprezentację. W sumie to bardziej burdel, który niekoniecznie ma problemy z pieniędzmi, co z ich rozsądnym wydawaniem. Kasę zwyczajnie przejada się na samych związkowców i ich diety. Do tego dochodzą konferencje (w najdroższych hotelach z najdroższym jedzeniem, a nawet z paniami do towarzystwa, o co oskarżono cały zarząd rok temu) albo projekty, które pozwalają napełniać konta „znajomym” w z góry ustawionych przetargach.

Sponsorzy choć liczni, płacą marne grosze, a umowy niekiedy są podpisywane na okresy wieloletnie jak np. Coca-Coli na dziesięć lat. Prawdą jest też to, że wszelkie opłaty za zgrupowania, hotele, żywność podróż samolotem, a nawet ochronę, niekiedy musiały być uregulowane przez samych piłkarzy (Messi robił to co najmniej kilka razy). Chwilowo ten aspekt został już uregulowany, dzięki państwowej kroplówce koncernu petrochemicznego YPF.

Struktury i ośrodki szkoleniowe w klubach są przestarzałe. Sposób myślenia, o tym jak to wszystko naprawić, wydaje się mocno ograniczony pychą, arogancją i poczuciem wyższości nad innymi, a ta ostatnia bardziej śmieszy niż nadaje powagi. Nie zapominajmy, że miejsca decydentów obsadzają ludzie zainteresowani jedynie sobą, a nie dobrem całego kraju.

Młodzi adepci piłkarscy dalej potrafią wyczyniać cuda z piłką, gorzej zaś idzie im poznawanie meandrów taktycznych. Zwłaszcza w młodym wieku, gdy praca i poświęcenie młodzieży wiąże się niekiedy dla niej z życiem pustelniczym.

Inną kwestię stanowi szkolenie w szerszym tego słowa znaczeniu. Bo o ile organizacja programu piłkarskiego nauczania (wprowadzona z wielką pompą w tym roku) czy budowa ośrodków szkoleniowych stanowią same w sobie propagandą sukcesu, tak gorzej z pojęciem trenera.

Gdy grupa Argentyńczyków kłóci się o to, kto ma rację, może to trwać w nieskończoność. Ale gdy samotny Argentyńczyk ma problem do rozwiązania, nagle jawi się jako pragmatyk, zdecydowany i odważny w podejmowaniu decyzji, wychodzący naprzeciw problemom, nie przejmując się przy tym głosami zewnętrznymi.

Stąd też, tak wielu szkoleniowców na obczyźnie radzi sobie bardzo dobrze w pojedynkę. Ale to nie zasługa mitycznego zeszytu z notatkami czy biblii trenerskiej, będącą spadkiem po dwóch szkołach trenerskich: Menottiego (filozoficznej) i Bilardo (po trupach do celu); czy nawet połączenia obu szkół w modelu Bielsy.

Każdy wyciąga własne lekcje, ale mimo serca, które bije mocniej na dźwięki hymnu narodowego, tacy ludzie jak Simeone czy Pochettino, będąc z boku tego wszystkiego, widzą dużo wyraźniej narodowy fanatyzm... Oporny fanatyzm, w którym brakuje miejsca na merytoryczną krytykę i wyciąganie wniosków. Zarówno kibice, jak i sternicy AFA, nie lubią jakiegokolwiek innego zdania, jakiejkolwiek dyskusji.

Po zakończeniu kariery wielu zawodników nie rozstaje się z piłką, bo to główna część ich życia. Jedni idą w trenerkę (jak np. Gallardo, Crespo, Almeyda, Palermo, Barros Schelotto - idąc lokalnym tropem ligowym), drudzy bawią się w pośrednictwo transferowe, zarządzanie klubami, inni obejmują stanowiska dyrektorskie (Veron w Estudiantesie, Burdisso w Boca, Zanetti w Interze), a jeszcze inni spełniają się w rolach ekspertów (Diego Latorre, kiedyś częściej Mario Kempes). Są jednak też jednak przypadki całkowitego wyłączenia się ze świata futbolu (Claudio Caniggia, Sergio Goycochea). Znajdziemy też ostatni typ, który żyje własnym życiem, ale poproszony o opinię nie odmówi, wypowiadając się zawsze w pierwszej osobie, i to w trybie Wszechwiedzącego Boga (Riquelme). Tym samym widać, że większość żyje w dalszym ciągu piłką i z piłki. Fanatyzm i pasja w jednym.

Kiedy patrzę na to z boku, czuję, że nieprzypadkowo „martyrologia futbolu argentyńskiego” to tak naprawdę obraz całego narodu. W tym świecie, który dla nas jest ciekawy i wywołuje emocje, kryje się też ogromny brud, tak niepozornie widoczny przy okazji różnych wydarzeń. Anielski brud.

MICHAŁ BOROWY

Więcej na temat: Argentyna

Najnowsze informacje

Ekstra

Ekstra

Nasi autorzy