Czarnobyl, czyli co się stanie, gdy przez 33 lata nie będziesz dbał o murawę

Czarnobyl, czyli co się stanie, gdy przez 33 lata nie będziesz dbał o murawę fot. Szczepan Janus | Tour de Sport
Redakcja
Redakcja
Źródło: Transfery.info

Prypeć. Blisko 50-tysięczne miasto z dnia na dzień zostało opuszczone. Nowoczesny stadion zamienił się w las, na który wpadli kibice Legii Warszawa. Prypeć dziś jest tłoczna i na swój sposób piękna.

Miałem marzenie. Chciałem odwiedzić czarnobylską strefę wykluczenia. Zbierałem się od trzech lat, ale wciąż nie wychodziło. Dni mijały, Prypeć z każdym z nich niszczała. Biegu sprawie nie nadały wykłady uniwersyteckie (w tym świetny Dominika Wójcika!). Nic nie dały też książki. Nic nie dały żałosne horrory z „Reaktorem Strachu” na czele.

Realizację marzenia umożliwiło… piwo. Pewnego razu poszliśmy z Filipem na schodki nad Wisłą. Delektując się niskobudżetowym alkoholem, ogłosił:

- A kupiłem sobie wycieczkę do Czarnobyla.

- Zajebiście. Są jeszcze miejsca?

Były. Kilka miesięcy potem załadowaliśmy dupy do autokaru i ruszyliśmy w podróż przez Kijów do Czarnobyla. Promieniowanie przeszyło nasze ciała z siłą dwóch mikrosiwertów. Tyle otrzymujemy, lecąc godzinę samolotem. Bardziej przeszywający był… głos spikera na Dworcu w Krakowie, który sympatycznym głosem oznajmił:

- Autokar do Czarnobyla odjeżdża ze stanowiska numer 7.

Wzrok innych podróżnych był bezcenny.

„Wystarczyłoby posprzątać oraz wymienić stare ławki i spokojnie można rozgrywać mecze”

Tak naprawdę w zonie chciałem zobaczyć tylko stadion. Zaspoileruję: nie udało się. Jestem zawiedziony. Chociaż z drugiej strony też szczęśliwy, bo spełniłem swoje marzenie. Częściowo, bo częściowo, ale jednak! Na murawie stadionu Awangarda koniec końców nie stanąłem, ale samo przebywanie w tak ważnym dla współczesnej historii miejscu było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Teraz nie wiem, czy jechać tam znowu i dopełnić ten życiowy cel, czy odpuścić.

Mógłbym się silić. Kombinować i opisywać zdjęcia z Internetu. Ale po co? Oddam głos ludziom, którzy tam byli i widzieli.

Mateusz Birówka (przewodnik po strefie wykluczenia; specjalista ds. Turystyki w biurze podróży Bis-pol):

- To widok smutny i skłaniający do refleksji, jak każdy na terenie Prypeci. Ze względu na wysoki, jak na Związek Radziecki, poziom życia w mieście to musiał być naprawdę świetny obiekt sportowy. Niestety dziś ciężko to dostrzec. Sposób, w jaki natura przejęła to miejsce, niestety trochę powstrzymuje wyobraźnię. Najbardziej szkoda mi, że nasi rodacy, najpewniej kibice Legii Warszawa, pozostawili po sobie pamiątkę sprejem na trybunie. Czarnobyl i Prypeć to jednak symbole przede wszystkim ludzkiej tragedii, dlatego mam nadzieję, że do niszczenia pamiątek brutalnej historii tego miejsca w podobny sposób nie będzie więcej dochodzić.

Szczepan Janus (groundhopper, piłkarski podróżnik, prowadzi kanał Tour De Sport):

- Z pewnych, dziwnych i bliżej mi nieznanych powodów Czarnobyl zawsze mnie pociągał. Udało mi się go odwiedzić wiosną tego roku. W ostatniej chwili (nieświadomie) przed ukazaniem się słynnego już serialu oraz zmasowanym najazdem turystów spowodowanym tymże właśnie dziełem. Świadomie wybrałem punkty obowiązkowe do odwiedzenia oraz firmę, która po kilku kontaktach telefonicznych zapewniła mnie o realizacji każdego z nich.

Ciężko mi ocenić jednoznacznie moją wizytę, bo na koniec dnia okazało się, że z całej listy zaliczyliśmy tylko stołówkę elektrowni oraz słynny park „rozrywki”. Nie było basenu, nie było szpitala, a o wejściu na najwyższe budynki mogłem tylko pomarzyć (dla chętnych służę nazwą biura, które warto raczej omijać szerokim łukiem). Gdy przewodniczka zarządziła odwrót, postanowiłem w końcu się zbuntować i zażądać odwiedzenia stadionu… zgodnie z umową telefoniczną. Pani trochę pokręciła nosem, stojąc pod słynnym kołem młyńskim. Dzień chylił się już ku końcowi. Nikomu z naszej grupy nie zaświeciły się oczy na dźwięk słowa „stadion”. Pomyślałem: „świetnie, nic z tego”.

Przewodniczka dała tylko znak, żeby iść za nią. Szczerze przyznam, że postanowiła mnie zignorować i skierowała nas w stronę czekającego busa. Minęliśmy chyba jeden budynek i weszliśmy na jakąś ścieżkę prowadzącą w ‘las’. Nie minęły dwie minuty, gdy w tymże właśnie lesie ukazała się nam trybuna stadionu. Skierowana była do nas frontem. A to oznaczało tylko jedno – poza tym, że jesteśmy w lesie, to znajdujemy się właśnie na samym środku murawy! Położenie obiektu w samym centrum kiedyś 50-tysięcznego miasta musiało robić kiedyś wrażenie. Stadion otoczony wielopiętrowymi blokami musiał mieć ogromny potencjał do skupiania społeczności lokalnej.

Oczami wyobraźni widziałem tę atmosferę w 2019 roku, to napięcie rosnące od rana, gdy całe miasto czeka na przyjazd gwiazd z Dynama Kijów czy Szachtara Donieck. Potencjał na piłkę byłby ogromny. Bogate miasto położone na odludziu, gdzie mecze piłkarskie rozgrywane co dwa tygodnie urosłyby do miana najważniejszej rozrywki dla mas. Urosłyby, gdyby nie 26 kwietnia 1986 roku. Teraz natura przejęła tu rządy. Swoją drogą niesamowite jest uświadomić sobie, co się stanie, gdy przez 33 lata nie będziesz dbał o ‘trawnik’. Dostaniesz las.

Ciekawym doświadczeniem jest też zwiedzanie pozostawionej samej sobie trybuny stadionu w Prypeci. Tu możesz sobie zadać kolejne pytanie – co się stanie, jeśli takową pozostawimy również na 33 lata. Odpowiedź jest trochę zaskakująca – nie będzie się różniła wiele od trybun wielu polskich stadionów, o które „dbają" niektóre kluby czy samorządy lokalne. Wystarczyłoby posprzątać oraz wymienić stare ławki i spokojnie można rozgrywać mecze… napisałbym „znowu”, ale z tego, co mi wiadomo, nigdy żaden mecz nie został rozegrany na tym stadionie.

Wicemistrz Europy, helikopter i Budowlańcy

Prypeć była niezwykłym miastem. Cudem techniki. Komunistycznym rajem. Platońską Atlantydą zatopioną przez wybuch czwartego reaktora. W samym środku Prypeci stał Stadion Centralny. Do ruin prowadzi ulica Hydroprospektowa. Obok była kawiarnia Olympia. Za boiskiem mieści się przedszkole Czeburaszka. Centralny, jak wskazują mapy, nie był tylko boiskiem. Był, czy też miała być, kompleksem sportowym. Kilka metrów od stadionu znajduję się słynny Diabelski Młyn. Swoją sławą zdecydowanie przyćmiewa czarnobylskie boisko.

Od maja 1986 roku swoje mecze w tym miejscu miał rozgrywać zespół Stroitiel Prypeć. Z wiadomych względów oficjalnie nigdy nie zagrał. Najsłynniejszym piłkarzem prypeckiego zespołu był Stanisław Gonczarenko. Nie grał w wielkich klubach. Zaliczył takie zespoły jak Dynamo Biała Cerkiew czy Obołoń Kijów. Fanom ukraińskiej piłki coś to mówi. Reszcie nie bardzo.

Jednak Gonczarenko ma w CV coś więcej niż dwa lata w zespole Budowlańców (Stroitiel - z rosyjskiego budowlaniec). W 1996 roku przebranżowił się z trawiastej odmiany piłki nożnej na halową. Przez wiele lat prowadził występujący w futsalowej Wyższej Lidze Interkas Kijów. W latach 2000-2001 był asystentem Henadija Lisenczuka w reprezentacji Ukrainy. Wówczas Żółto-Niebiescy zdobyli srebrny medal na mistrzostwach Europy.

Wracając do Stroitiela, ta ekipa grała tylko na szczeblach amatorskich. W profesjonalizacji zespołu mógłby pomóc jej triumf w Pucharze Kijowszczyzny, ale i tu wszystko przerwał wybuch reaktora numer 4. Stadion miał zostać otwarty 1 maja. Oficjalnie, bo nieoficjalnie na jego murawie grano przed katastrofą. Jednak to pięć dni wcześniej miało dojść do „przecięcia wstęgi”. Właśnie wtedy na płycie boiska przy Hydroprospektowej 1 zaplanowano starcie Stroitiela Prypeć z Maszynostroitielem Borodzianka.

26 kwietnia, a więc w dzień katastrofy, na boisku trenowali mechanicy podprypeckiej miejscowości. Łopot skrzydeł wirnika zagłuszył polecenia wydawane przez trenera. Po chwili piłkarze musieli zejść z boiska, a na zielonej murawie wylądował helikopter.

Od dzisiaj wszystkie widowiska sportowe są odwołane – przekazał radziecki oficer, który wyszedł z kabiny Mi-8.

Tak brzmi jedna z teorii, ale jest mało wiarygodna. Głównie dlatego, że 26 kwietnia na Stadionie Centralnym zaplanowano turniej młodzieżowy. Jak donosi portal czarnobyl.pl, rozgrywki zostały odwołane z powodu awarii, która nastąpiła o 1:23. Tak więc piłkarze z Borodzianki musieliby wejść na boisko, łamiąc zalecenia milicji i wojska. Inna sprawa, że trening sam w sobie nie jest widowiskiem sportowym.

Tyle o Stroitielu. Budowlańcom poświęcimy osobny artykuł.

Awangardowe San Siro

Szpadle wbito w ziemię jeszcze 1985 roku, choć są źródła, które podają, że stadion powstał w 1970 roku, w momencie, gdy budowano całą Prypeć. Ukraińskojęzyczna Wikipedia mówi, że budowę rozpoczęto w 1979 roku. Początek budowy – niby dość prosta kwestia, a pojawiają się trzy różne daty.

Prace zakończono w 1986. Inauguracja miała odbyć się 1 maja. I tu ziarno niepewności zasiewa wspomniana Wikipedia. Zdecydowana większość źródeł podaje, że tego dnia Striotiel Prypeć miał grać z Maszynostroitielem Borodzianka. Według popularnej encyklopedia pierwszym oficjalnym meczem Budowlańców na prypeckim stadionie miało być starcie z Szachatrem Ołeksandrija (dziś FK Ołeksandrija) w Mistrzostwach SSR. Zaplanowane na 9 maja.

Skupmy się na samym obiekcie. Od początku nie miał to być tylko i wyłącznie stadion piłkarski. Świadczy o tym betonowa bieżnia okalająca drzewa, które przerodziły się z niegdyś równo skoszonej murawy. Tak, betonowa. Dzisiaj fizjoterapeuci mogą łapać się za głowę. W 1986 roku w Związku Radzieckim mało kto przejmował się dbaniem o stawy. Dziś bieżnia wygląda jak zdewaluowana ścieżka pośrodku lasu.

Stadion w Prypeci nosi przydomek „Awangarda”. Według Bartosza Matulewicza z portalu czarnobyl.pl jest to błędne określenie. Pisze on w artykule „Piłka nożna w Prypeci”: „[…] niekiedy błędnie nazywany stadionem „Awangarda”, która to nazwa odnosiła się do lokalnego klubu bokserskiego”. Sama nazwa była popularna w Związku Radzieckim, szczególnie w Ukraińskiej SSR, gdzie pod taką nazwą funkcjonowały różne organizacje zajmujące się krzewieniem kultury fizycznej. Przekładając to na polskie realia - ostrzegam, że to może być złe skojarzenie - Awangarda była czymś w stylu Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, które działało na terenie całego kraju. Podobnie na Ukrainie do dziś widać wpływ Awangard (po ukraińsku Awanhard) na sport. Przykłady: Awanhard Budy (drużyna hokejowa), Awanhard (kompleks sportowy w Kijowie) czy Awanhard Kramatorsk (zespół piłkarski z pierwszej ligi).

Fachowy portal tworzony przez zapaleńców donosi, że Stadion Awangarda to tak naprawdę Stadion Centralny. Dlaczego by im nie wierzyć? Nie widzę ku temu powodów, ale moim zdaniem spokojnie możemy się posługiwać nazwą „Awangarda”. Przyjęło się to bardzo dobrze i pod taką nazwą ten obiekt funkcjonuje w świadomości tysięcy ludzi. To trochę jak San Siro, które de facto nosi imię Giuseppe Meazzy.

Prypeć jawił się jako miasto ekskluzywne. Ściągano tu najlepszych robotników z całego ZSRR. A żeby to zrobić, trzeba było stworzyć luksusy niedostępne nigdzie indziej. Stadion miał tylko pięć tysięcy miejsc, to mało, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że przed wybuchem reaktora miasto liczyło 49 400 mieszkańców.

Trzeba jednak zaznaczyć, że poziom ligowy reprezentowany przez Stroitiel nie był szczególnie wybitny. To nie zachęcało. Ponadto mieszkańcy Prypeci mieli sporo innych atrakcji. Na trybunach stadionu była specjalnie wydzielona strefa dla partyjnych dygnitarzy oraz dziennikarzy. Pod nimi znajduje się kilka pomieszczeń. Prawdopodobnie szatnie, pokoje dla sędziów i magazyny. – Ciekawe jest to, że były tam kombinezony likwidatorów, ale żadnych sprzętów sportowych – mówi blogger Aleksandr Postolowskij, który odwiedził zonę w 2013 roku.

„Czarna eLka w kółeczku się mieni”

Niby olbrzym, zmutowany Blind Dog, Rodent zwany też Gryzoniem czy Snork, któremu maska gazowa wrosła w czaszkę – to tylko część potworów, które można spotkać na stadionie w popularnej grze komputerowej S.T.A.L.K.E.R. Uwaga: tak naprawdę nie ma tu żadnych mutantów. Największą zmorą zony są złomiarze i złodzieje.

Ci wynieśli wszystko, co się dało. Kaloryfery, futra, samochody. Dość popularna jest legenda o tym, że jeszcze kilka lat po Kijowie jeździły samochody z Czarnobyla. A po czym było to poznać? Świeciły się w ciemności. Wynoszono nawet… drzewa. – Jeden mężczyzna wywiózł z zony drewniane bale i zbudował z nich dom. Wszyscy w jego rodzinie pochorowali. Lekarze nie wiedzieli, o co chodzi. Dopiero ktoś wpadł na pomysł, żeby przyjść z dozymetrem. Zwykły nie miał tak dużej skali. Musieli przyjść z wojskowym – opowiadała nasza przewodniczka Olga.

Oprócz złomiarzy i złodziei problemem są namolni turyści. Zadepczą wszystko. W momencie, kiedy ja zwiedzałem Prypeć, w mieście przebywało 1100 osób. Zdecydowanie nie było to Miasto Duchów. Żeby zrobić jakieś zdjęcie, trzeba było walczyć jak madki o świeżaki w Biedronce. Pieprzone HBO i ich serial!

Jednak momenty, gdy zostawała nasza grupa, pozwalały na chwilę refleksji. Przyroda pięknie wkomponowała się w budynki. Wszystko wyglądało jak maniakalna, ale przy tym zwyczajnie ładna wizja… awangardowego architekta.

Nie wszyscy doceniają ten fakt. Byli ludzie, którzy ze strefy wykluczenia próbowali wynosić radioaktywne rzeczy. Byli też tacy, którzy przyjechali tam wstawieni. I wiem to z autopsji, bo w mojej grupie było przynajmniej dwóch dżentelmenów, którzy nie trzeźwieli przez całą wycieczkę.

W Prypeci byli też kibice Legii Warszawa, o czym mówił Dominik Wójcik, dziennikarz i eksplorator zony.

Muszę zapytać o czarnobylski stadion.

Gdyby nie trybuny, nikt by się nie zorientował, że to był stadion. Właściwe nie trybuny a trybuna, która mogła pomieścić pięć tysięcy osób. Jest jedna wieża z oświetleniem, która ledwo stoi. Inne chyba zostały przewrócone. Jest też murawa, na której Neymar może ćwiczyć drybling, tak jest zarośnięta. To, że to była murawa, można rozpoznać tylko dzięki betonowej wylewce bieżni. Swoje mecze rozgrywała na nim drużyna Budowlani Prypeć. 1 maja 1986 roku mieli zainaugurować otwarcie nowego stadionu meczem z Mechanikami Borodzianka w Pucharze Kijowszczyzny. 27 kwietnia 1986 roku czas w Prypeci się zatrzymał, a 1 maja było to już miasto opuszczone. A i w katakumbach stadionu Prypeci jest polski akcent. Jakiś „kibic” namalował znaczek Legii Warszawa.

Fragment wywiadu „Nie samą piłką człowiek żyje: W Czarnobylu trudno odróżnić mity od prawdy” opublikowanego na portalu 2x45.info.

Przebite piłki

Podsumowując: widziałem niezwykłe miejsce. Polecam wszystkim serdecznie. Kawał zmumifikowanej historii. Nie widziałem stadionu i to kłuje mnie jak zadra wbita w serce. – W końcu! Dopiero podczas trzeciej wizyty odwiedziłem Awangardę – pisał na swoim Aleksandr Postolowskij. Chciałbym móc podpisać się pod słowami Białorusina.

Na razie pozostaje mi obiekt Skry Warszawa.

Miejsce zdecydowanie robi wrażenie. Tak jak zresztą cała Prypeć. Tu jednak widzisz dokładnie potęgę natury. Widzisz, w co się zamieniła krótko przystrzyżona trawa. Czy polecam odwiedzić? Wątpię ktoś, kto nie interesuje się piłką, a stadiony nie są dla niego formą świątyń, znalazł tutaj coś więc niż w innych lokalizacjach w mieście. Lokalsi próbują nadać temu miejscu trochę dramaturgii, porzucając gdzieniegdzie pod drzewami przebite piłki… ale tak się dzieje niestety w całej okolicy. Komercja rzuciła przyrodzie rękawice i stara się zawładnąć miejscem w jeszcze szybszym tempie – puentuje Szczepan Janus.

KRYSTIAN JUŹWIAK

Więcej na temat: Prypeć Czarnobyl Reportaż

Najnowsze informacje

Ekstra

Ekstra

Nasi autorzy