FC Famalicão - więcej niż portugalskie Leicester City

FC Famalicão - więcej niż portugalskie Leicester City
Piotr Przyborowski
Piotr Przyborowski
Źródło: Transfery.info

Za nieco ponad półtora roku miną dwie dekady, odkąd Boavista przełamała dominację “Wielkiej Trójki” i na początku XX wieku zdobyła mistrzostwo Portugalii. Teraz podobnego wyczynu może dokonać FC Famalicão, za którym stoi nie tylko potężny nowy właściciel, ale też nie kto inny jak Jorge Mendes.

25 lat trwał rozbrat “Famalicenses” z najwyższą klasą rozgrywkową. Klub sięgnął dna w 2008 roku, kiedy spadł na piąty poziom - a trzeba pamiętać, że w całej Portugalii istnieje ich siedem. Od tego czasu krok po kroku Famalicão pięło się jednak w górę, aż wreszcie, zajmując w minionym sezonie drugie miejsce na zapleczu ekstraklasy, wywalczyło do niej ponowny awans.

Fortuna, która przypłynęła z pewnym haczykiem

Powrót do Primeira Ligi został osiągnięty już dzięki nowemu właścicielowi. Tym w 2018 roku została Quantum Pacific Group, za którą stoi izraelski miliarder Idan Ofer. Potentat w branży żeglugowej, którego majątek magazyn “Forbes” wycenia na ponad pięć miliardów dolarów. Wówczas pozyskał on 51% udziałów w klubie - we wrześniu zwiększył je już natomiast do 85%. Co ciekawe, a również ważne w tej historii, Ofer jest też właścicielem 32% udziałów Atlético Madryt.

- Zakup Famalicão był dla Ofera tanią opcją. Chciał on wejść na rynek portugalski, a należy pamiętać o tym, że większość tutejszych klubów należy do kibiców - nie mają jednego właściciela, a prezydenci są wybierani w ramach wyborów. Dlatego Oferowi ciężko byłoby kupić większy klub - przyznaje Eduardo da Silva, dziennikarz i reporter radia Renascença.

Choć oficjalnie nikt tego nie przyznaje, od momentu przyjścia do klubu izraelskiego magnata, w Famalicão za sznurki zaczął też pociągać Jorge Mendes i jego agencja Gestifute. Widać to choćby po letnich transferach klubu z Vila Nova de Famalicão. Do zespołu latem trafili choćby dwaj piłkarze Benfiki - Diogo Gonçalves oraz Guga, którzy są klientami Mendesa. Pedro Gonçalves oraz Roderick Miranda przywędrowali natomiast z Wolverhampton, innego klubu, w którym Mendes ma swoje wpływy. Jest też wreszcie Gustavo Assunção z Atlético Madryt. W stolicy Hiszpanii nie tylko Ofer prowadzi swoje interesy. Przecież tego lata za 126 milionów euro trafiła tam największa perełka w stajni Mendesa - João Félix.

Izraelski właściciel zresztą dość dynamicznie żongluje personaliami. Latem klub opuściło 18 piłkarzy, za których zakontraktowano 19 nowych zawodników. Z zespołu odszedł też Carlos Pinto. I to mimo że to pod jego wodzą drużyna zanotowała świetną końcówkę sezonu, która ostatecznie zapewniła jej awans i powrót do elity.

- Uważam, że to jednak mimo wszystko nieco bardziej długofalowy projekt. Klub bardzo mocno inwestuje w skauting, a ze swoimi piłkarzami podpisuje dłuższe kontrakty. Ofer nie powiększyłby przecież swoich udziałów, gdyby traktował Famalicão jako tylko krótkoterminową inwestycję - przyznaje Vítor Maia, dziennikarz Maisfutebol.

Dyrektor, który nie boi się rewolucji

Za ową letnią rewolucję w zespole, podobnie jak i wcześniej za budowę drużyny, która wywalczyła w ostatnim sezonie awans, odpowiadała ta sama osoba. To Miguel Ribeiro, były dyrektor sportowy Rio Ave, który początkowo objął to samo stanowisko w Famalicão. To właśnie też on jeszcze pod koniec minionych rozgrywek zadecydował o tym, że drużynę w Primeira Lidze poprowadzi João Pedro Sousa - dotychczasowy asystent Marco Silvy w Evertonie.

- Teraz Ribeiro zresztą pełni rolę de facto prezesa klubu, powiedzmy, że jest najważniejszą osobą na Estádio Municipal 22 de Junho. Co prawda wciąż istnieje też stanowisko prezydenta, ale nie pełni on żadnej istotnej roli. To właśnie Ribeiro jest głównym architektem tego projektu. João Pedro Sousa nie jest też jego pierwszym udanym wynalazkiem. W przeszłości powierzał on pieczę nad Rio Ave takim trenerom jak Nuno Espírito Santo (obecnie Wolves), Luís Castro (teraz Szachtar) czy Pedro Martins (Olympiakos). Wszyscy trzej byli wtedy nieznanymi szerzej w świecie trenerskim postaciami o sporym potencjale, a teraz odnoszą sukcesy w europejskim futbolu - opowiada Maia.

Sousa z Silvą poznali się ponad dwie dekady temu. Grali wtedy razem w ojczystym Trofense. Kiedy Silva zdecydował się zakończyć piłkarską karierę i rozpocząć tę trenerską w Estoril, Sousa zajmował się wówczas szkoleniem młodzieży w Bradze. Kiedy jego dawny kompan zadzwonił, postanowił opuścić ekipę U-19 “Os Arcebispos” i dołączył do Silvy w ówczesnym drugoligowcu.

- Co ciekawe, ostatnim klubem, który miał podobne ambicje co Famalicão, był właśnie Estoril. Zespół ten został przejęty przez bogatą firmę z Brazylii (Traffic Group) pod dowództwem Tiago Ribeiro (zbieżność nazwisk z Miguelem przypadkowa - przyp. red.). Natomiast sprowadzaniem graczy zajmował się... Jorge Mendes. Estoril zaczął się rozwijać, zainwestowano sporo w skauting w Ameryce Południowej. Plany były olbrzymie. Aż tu nagle FIFA przyczepiła się do grupy zarządzającej tym klubem. Została ona wtedy oskarżona o nielegalne interesy. Efekt? Zmniejszenie wpływów, co skutkowało spadkiem Estorilu do drugiej ligi. Oby Famalicão nie skończyło podobnie - wspomina Radek Misiura, ekspert od piłki portugalskiej i redaktor SofaGol.pl.

Silva z Sousą z Estoril nie tylko najpierw awansowali do Primeira Ligi, ale później nawet do europejskich pucharów, kończąc sezon 2012/2013 na piątym, a 2013/2014 na czwartym miejscu. Po opuszczeniu klubu z przedmieść Lizbony razem pracowali jeszcze w Sportingu, Olympiakosie, Hull City, Watfordzie, aż wreszcie przenieśli się na Goodison Park. Z Evertonem w minionym sezonie zajmując ósme miejsce, otarli się o europejskie puchary.

Uśpiony gigant, który kultywuje pracę u podstaw

O tym, jak spora była rola Sousy w duecie z Silvą, niech najlepiej świadczy fakt, że teraz “The Toffees” po ośmiu kolejkach znajdują się w strefie spadkowej Premier League. Z kolei 48-latek podczas swojej pierwszej samodzielnej pracy trenerskiej wykręca wyniki, których pewnie nawet w samym klubie nikt od niego przed sezonem nie oczekiwał.

- I ma te świetne wyniki, choć przecież dysponował naprawdę małą ilością czasu na wdrożenie wszystkich nowych zawodników do składu. Świetnie przeprowadzony okres przygotowawczy sprawił, że gracze Famalicão szybko się jednak zgrali. Szkoleniowiec postawił na klasyczną formację 1-4-3-3 z szybkimi i uniwersalnymi skrzydłowymi - Fábio Martinsem i Rúbenem Lameirasem. Choć "Famalicenses" mają najmłodszy zespół w Portugalii, to są połączeniem owej młodości z rutyną. Szczególnie mam tu na myśli 30-letniego bocznego obrońcę Lionna i 35-letniego bramkarza i kapitana zespołu Rafaela Defendiego - mówi Misiura.

Sousa z pomocą Ribeiro stworzyli zespół, który osiąga niesamowite rezultaty, choć brakuje w nim jakichś spektakularnych nazwisk. Jednym z liderów jest wspomniany były gracz Bragi Fábio Martins, który do Famalicão trafił latem za darmo. Wśród nieco bardziej znanych nazwisk w ataku póki co bezbarwny pozostaje natomiast w przeszłości młodzieżowy reprezentant Hiszpanii Toni Martínez. O miejsce w środku pola walczy z kolei wypożyczony z Valencii (kolejnego zespołu z dużymi wpływami Mendesa) Uroš Račić, który w ubiegłym roku z Crveną Zvezdą dotarł do 1/16 finału Ligi Europy, a w tym z reprezentacją Serbii grał na Mistrzostwach Europy do lat 21. Nieźle spisuje się Josh Tymon - wypożyczony ze Stoke młodzieżowy reprezentant Anglii, którego Sousa pamięta z czasów swojej pracy w Hull.

Choć bramek nie zdobywa Martínez, wyręcza go w tym Anderson Silva, którego brazylijskie “Globoesporte” wyróżniło podczas swojej ostatniej wizyty w Europie. Skrzydłowy z kraju kawy, którego staż w Famalicão jak na warunki tego klubu jest spory - gra tu od 2017 roku, w obecnym sezonie ma na swoim koncie już cztery gole w sześciu meczach - tyle samo, ile Fábio Martins. Więcej, bo po sześć strzelili w trwających rozgrywkach tylko dwaj przedstawiciele “Wielkiej Trójki” - Pizzi z Benfiki oraz Zé Luís z Porto.

- Famalicão zainwestowało w młodych piłkarzy i dlatego brakuje tam tych wielkich nazwisk. Ich zawodnicy, podobnie jak trener Sousa, dopiero na nie pracują. Trzeba jednak zauważyć, że większość z tych graczy przyszła do klubu z naprawdę wielkich firm takich jak Atlético, Valencia czy West Ham. Większość z ekip Primeira Ligi może tylko pomarzyć o tego typu wzmocnieniach. Mieszanka młodości i doświadczenia póki co sprawa się idealnie w tej nieco przewidywalnej w ostatnich sezonach lidze - zauważa Eduardo da Silva.

Potentat, którego mistrzostwo byłoby sensacją

Od kiedy w 1937 roku zainaugurowano rozgrywki o mistrzostwo Portugalii, oprócz Boavisty tylko jeszcze raz mistrzem została ekipa spoza “Wielkiej Trójki” - w 1946 roku udało się to Belenenses. Famalicão nigdy nie zbliżyło się do walki o choćby lokaty w ligowej czołówce. Najwyższe w historii miejsce “Azuis e Brancos” zajmowali kolejno w sezonach 1991/1992 oraz 1992/1993 - w obu tych przypadkach była to jednak dopiero 14. pozycja.

- Myślę, że nie zdołają na koniec sezonu być w czołowej trójce. Za to miejsce w piątce jest w ich zasięgu, szczególnie, że Braga raczej słabo rozpoczęła sezon ligowy. Trzeba jednak pamiętać, że oprócz niej jest też jeszcze solidna Vitoria Guimarães, która przeżywa świetny okres i ma bardzo dobrego trenera oraz mocne Rio Ave - przyznaje Maia.

Póki co ta sensacyjnie prowadząca w tabeli ekipa wystawiana jest na próby, przez które przechodzi bez najmniejszych kłopotów. Pierwszym testem dla Famalicão miało być starcie ze Sportingiem pod koniec września. Przybysze z północy na Estádio José Alvalade zagrali bez kompleksów. Choć od 25. minuty przegrywali po golu Luciano Vietto, to w drugiej połowie z nawiązką odrobili straty i wygrali 2:1.

- Uważam, że bez problemów stać jest ich na ukończenie sezonu w górnej połowie tabeli, ale ciężko stwierdzić, na którym dokładnie miejscu. Realnie są w stanie powalczyć o Ligę Europy, czyli zakręcić się gdzieś w okolicach piątej lokaty. Mistrzostwo Portugalii? To byłaby chyba większa sensacja niż wygranie Premier League przez Leicester - dodaje Silva.

Famalicão czeka teraz przerwa reprezentacyjna, a po niej mecz trzeciej rundy Pucharu Portugalii z występującą na trzecim poziomie rozgrywkowym Lusitânią. Na hit, a zarazem kolejny egzamin, przyjdzie czas jednak tydzień po tym spotkaniu - 27 października drużyna dowodzona przez Sousę pojedzie na Estádio do Dragão, by zagrać z aktualnie trzecim FC Porto.

- Marzyć można za darmo. Niech to więc będą wielkie marzenia - takie, że pierwsze miejsce utrzymamy do samego końca - przyznał ostatnio w rozmowie z dziennikiem “A Bola” Walterson, skrzydłowy zespołu, który za chwilę może sprawić największą od blisko dwóch dekad niespodziankę w portugalskim futbolu.

PIOTR PRZYBOROWSKI

Najnowsze informacje

Ekstra

Ekstra

Nasi autorzy